Cezary Cezary

Znowu będzie o wizerunku i sferze życia prywatnego. Te zagadnienia jakoś są ze sobą blisko związane, wręcz „idą w  parze”. Dzisiaj o publikacji wizerunku polityka, ale tym razem publikowanym przez podmioty podlegające dodatkowo reżimowi ustawy z dnia 26 stycznia 1984 r. prawo prasowe. Zgodnie z art. 14 ust. 6 prawa prasowego „Nie wolno bez zgody osoby zainteresowanej publikować informacji oraz danych dotyczących prywatnej sfery życia, chyba że wiąże się to bezpośrednio z działalnością publiczną danej osoby.” Cytowany przepis ma chronić nasze prawo do prywatności, które mamy zagwarantowane w art. 47 Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej, zgodnie z którym „każdy ma prawo do ochrony prawnej życia prywatnego, rodzinnego, czci i dobrego imienia oraz do decydowania o swoim życiu osobistym.

Art. 14 ust. 6 prawa prasowego odnosi się również do publikacji wizerunku. Warto zwrócić uwagę, że jest on skorelowany z art. 81 ust. 2 pkt 1 Ustawy (Zezwolenia nie wymaga rozpowszechnianie wizerunku osoby powszechnie znanej, jeżeli wizerunek wykonano w związku z pełnieniem przez nią funkcji publicznych, w szczególności politycznych, społecznych, zawodowych.)

 Sąd Najwyższy w sprawie pewnego znanego aktora, głównego bohatera z pewnego posterunku (sygn. akt I CSK 111/11) podkreślił, że „Przepis art. 14 ust. 6 prawa prasowego wyłącza wymaganie w postaci zgody osoby zainteresowanej na publikację informacji oraz danych dotyczących prywatnej sfery życia, jeżeli wiąże się to bezpośrednio z działalnością publiczną danej osoby. Zezwolenia nie wymaga – zgodnie z art. 81 ust. 1 pkt 2 prawa autorskiego – rozpowszechnianie wizerunku osoby powszechnie znanej, jeżeli wizerunek wykonano w związku z pełnieniem przez nią funkcji publicznych, w szczególności politycznych, społecznych, zawodowych. Trzeba przy tym mieć na względzie, że w myśl z art. 81 ust. 2 prawa autorskiego i art. 14 ust. 6 prawa prasowego, zawsze konieczne jest wykazanie związku pomiędzy wykonywaną działalnością publiczną a opublikowanym wizerunkiem, czy też informacją o prywatnym charakterze. Musi więc istnieć zależność między zachowaniem danej osoby w sferze publicznej. Poza tym ujawnienie danej informacji powinno służyć ochronie konkretnego, społecznie uzasadnionego interesu.

 W innym z rozstrzygnięć (sygn. akt I CSK 497/10) Sąd Najwyższy uznał, że samo zaliczenie kogoś do kategorii osób publicznych bez wykazania bezpośredniego związku publikowanych informacji oraz danych z działalnością publiczną danej osoby nie skutkuje, z mocy art. 14 ust. 6 ustawy z 1984 r. – Prawo prasowe, zwolnieniem z obowiązku uzyskania zgody takiej osoby zainteresowanej na publikację, dotyczącą prywatnej sfery jej życia.

Tak więc jeżeli ktoś jest osobą publiczną, to wcale nie oznacza, że można wszystko na jego temat pisać lub publikować każde zdjęcie, bez względu na kontekst, w jakim zostało zrobione.  Należy bowiem podkreślić różnicę pomiędzy pojęciem „osoba publiczna” i „osoba prowadząca działalność publiczną”. Zaliczenie danej osoby do pierwszej z wymienionych kategorii pojęciowych nie powoduje, iż „publiczny” status tych osób przesądza o tym, że ich życie prywatne staje się automatycznie „życiem publicznym”.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • email
  • Blogger.com
  • Dodaj do ulubionych

Perypetie Stefana, czyli kogo wolno filmować

Pan poseł zareagował w sposób…., dobra miało być bez polityki na F-LEX. W każdym razie wyszedł fajny case study na temat kogo wolno, a kogo nie wolno filmować/fotografować. Oczywiście tutaj poseł „Stefan daj spokój” wykazał się brakiem wiedzy w zakresie wolności fotografowania, czy filmowania. Wielokrotnie na F-LEX zwracałem uwagę na fakt, że co do zasady w Polsce nie ma czegoś takiego, jak zakaz fotografowania, czy też filmowania ludzi. OK, jest jeden wyjątek wynikający z art. 191a kodeksu karnego, ale z filmu nie wynika, aby pan poseł był nago lub w trakcie czynności seksualnej. Tym samym wyrywny Stefan dał się podpuścić jak dziecko i sprowokować. Nie bacząc na poglądy pani redaktor i jej sympatie polityczne (zupełnie odmienne niż autora F-LEXa) należy stanowczo podnieść, że dziennikarka miała prawo filmować Niesiołowskiego, czy mu się to podoba, czy też nie. Ba, nawet miała prawo opublikować jego wizerunek, w końcu występował on w roli posła na Sejm RP, a tutaj jak wszyscy pamiętają można skorzystać z ustawowej zgody na publikację wizerunku wynikającą z art. 81 ust.2 pkt 1 Ustawy.

Art. 81 ust. 2.pkt 1. Zezwolenia nie wymaga rozpowszechnianie wizerunku osoby powszechnie znanej, jeżeli wizerunek wykonano w związku z pełnieniem przez nią funkcji publicznych, w szczególności politycznych, społecznych, zawodowych.

Pozostawiamy kwestię bił, nie bił, groził, nie groził. Tym niech zajmą się inni. Swoją drogą opozycja robi pod publiczkę event i wodę z mózgu zwykłym obywatelom, gdyż składają zawiadomienie o prawdopodobieństwie popełnienia co najmniej dwóch przestępstw, z których jedno jest ścigane z oskarżenia prywatnego, a drugie na wniosek pokrzywdzonego (PiS tu pokrzywdzonym nie jest i to jest fakt obiektywny).

Na bazie tego incydentu chciałbym zwrócić jednak uwagę, że:

  • fotografowany, czy filmowany nie ma prawa używać przemocy wobec fotoreportera, tego typu działania mogą nosić znamiona przestępstwa (np. naruszenia nietykalności, o której mowa w art. 217 § 1 k.k. Kto uderza człowieka lub w inny sposób narusza jego nietykalność cielesną podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.)
  • pogróżki wobec fotografa lub operatora filmowanego mogą stanowić znamiona groźby karalnej (art. 190 k.k.  Kto grozi innej osobie popełnieniem przestępstwa na jej szkodę lub szkodę osoby najbliższej, jeżeli groźba wzbudza w zagrożonym uzasadnioną obawę, że będzie spełniona, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.)

Filmując lub fotografując musimy jednak pamiętać, żeby też samemu nie prowokować. Jeżeli dostaliśmy w pysk od fotografowanego, bo go sprowokowaliśmy, to w myśl art. 217 § 2 k.k. sąd może odstąpić od wymierzenia kary.

Art. 217.§ 2. Jeżeli naruszenie nietykalności wywołało wyzywające zachowanie się pokrzywdzonego albo jeżeli pokrzywdzony odpowiedział naruszeniem nietykalności, sąd może odstąpić od wymierzenia kary.

W sprawie znamion naruszenia nietykalności wypowiadał się w 2010 r. Sąd Najwyższy (sygn. akt W 1/10), który stwierdził, że „Takie wyrażenia jak „uderzenie”, „pchnięcie”, „odepchnięcie” mają, po pierwsze, odmienne znaczenie, a po wtóre, cechują się – odpowiednio – zwiększającą się aktywnością sprawcy, nasileniem jego złej woli, a także zamiarem. Nie bez powodu zatem ustawodawca wyszczególnił wprost określone w art. 217 § 1 k.k. znamię „uderza”, a większość komentatorów jako przykład znamienia „w inny sposób narusza (…) nietykalność cielesną” podaje pchnięcie człowieka. Odpychanie natomiast, tego drugiego znamienia (z art. 217 § 1 k.k.) nie wypełnia.

Z tego wynika, że samo odepchnięcie fotografa nie będzie nosiło znamion przestępstwa naruszenia nietykalności.

PS. Stefan, zacznij do cholery czytać F-LEXa! :-)

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • email
  • Blogger.com
  • Dodaj do ulubionych

Nikon V1

Nikon V1, priorytet przysłony, czas 1/320, f/ 3,2 długość ogniskowej 200 mm, obiektyw VR 70-200mm f/2.8G

Nikon robi fajne aparaty. Ale potrafi też robić mniej fajne, a nawet niefajne. Moim zdaniem ten niefajny aparat, to bezlusterkowiec NIKONA. Dokładniej Nikon1 V1, bo taki testowałem na warsztatach w Pradze. Miałem w sumie możliwość testować go dowoli, ale już po pół dnia uznałem, że szkoda niezłej fotograficznej pogody, by marnować czas na fotografowanie tym cudem. Zresztą nie oczarował również innych, bo nie było listy oczekujących, wyrywania sobie z rąk itp.

Pierwszy i największy dla mnie kłopot, to… waga. Niestety przyzwyczajenie robi swoje. Jak nie trzymam dobrze wyważonej, a zarazem i ciężkiej lustrzanki, to pojawiają się kłopoty z ostrością. I to akurat nie jest wcale wina aparatu, a moja. Większość zdjęć zrobionych z podpiętym obiektywem 10-30 mm lub tele 30-110 mm najzwyczajniej w świecie była poruszona. Cóż przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka. Ostre zdjęcia pojawiły się dopiero, gdy do „body V1” podpiąłem 1.540 gram porządnego Nikkora. Na szczęście w testowym zestawie był adapter Nikona FT1 pozwalający podpiąć Nikkory. Wygląda to trochę dziwacznie, może nie do końca jest poręczne, ale zdjęcia da się robić i to całkiem niezłej jakości. W konfiguracji body V1 + Nikkor 70-200 mm f/2.8 VRII bezlusterkowiec Nikona zrobił się dla mnie fajniejszy. Nie na tyle jednak fajny, żebym się do niego przekonał. Kolejna rzecz irytująca, to wciąż samoprzestawiające się pokrętło trybu pracy. Prawie za każdym razem, gdy go wyjmowałem aparat przestawiał się z „Zielonego” na inne. Żeby samemu decydować o parametrach ekspozycji robiąc zdjęcia Nikonem V1 trzeba właśnie nastawić go na „Zielone”. ;-)

Jak dla mnie obsługa tego „wynalazku” była skomplikowana. Nikon słynie z tego, że w lustrzankach jest wszystko poukładane, intuicyjne i zazwyczaj w miejscu, gdzie powinno być. W przypadku V1 nie ma szans, żeby ktoś kto nie zna aparatu mógł od razu wyruszyć w miasto robić zdjęcia. Tutaj nie zgadzam się z kolegą, który też testował V1.

Crop 2,7 jednych zachwyca, innych zniechęca. Sam na początku uważałem, że V1 może robić za niedrogie tele ze światłem f/2,8. W końcu 2,7 x z podpiętym Nikkorem 70-200 mm to nie bagatela, aż 540 mm. A jak do tego jeszcze podpiąć TCIII 2,0 to się dopiero robi kosmiczna ogniskowa, tyle że z f/5,6. Ale to akurat nie wina V1, a kwestia telekonwertera. Pół dnia w Pradze z nowym bezlusterkowcem Nikona oraz moje nawyki z lustrzanki wybiły mi z głowy takie „tele”. Zwłaszcza, że w ptakach nie robię, sąsiadek nie podglądam, za paparazzo też nie mam zamiaru robić. Wydać trzy tysiące na Nikona V1, do tego kolejny tysiąc na adapter, żeby zrobić 3-4 zdjęcia na kwartał, to byłaby jednak rozpusta. To doprawdy za telekonwerter lepiej niech robi D800, który na cropie robi zdjęcia większego rozmiaru niż Nikon V1. Ktoś powie, ale ile kosztuje D800, a ile V1. Prawda, kosztuje sporo, bo aż 3 razy tyle co V1 i adapter, ale zapewne posłuży do robienia zdjęć w ogóle, a nie tylko od przypadku do przypadku, no i wszystkie guziki są tam, gdzie ich szukam.

Nie można powiedzieć jednak, że aparat nie ma kompletnie nic fajnego. Nawet taka maruda jak ja, rozwydrzona przez szybkość AF w Nikonie D3s, musi przyznać, że autofokus w Nikonie V1 jest OK.

Nikon V1, priorytet przysłony, czas 1/60, f/4,0 ISO 250, Nikkor 30-110 mm/ 3,8-5,6 VR

Mimo, że aparat ma na obudowie jakże mi bliski napis NIKON, to jednak nie polubiliśmy się. No cóż :)

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • email
  • Blogger.com
  • Dodaj do ulubionych

Zawiłości licencji

Na jak długo udziela się licencji na zdjęcia? W zasadzie decyzja należy do Ciebie. Od Ciebie i ustaleń z Twoim kontrahentem będzie zależało, czy jest to licencja udzielona na czas nieokreślony czy na zamknięty.

Art. 66. 1 Ustawy umowa licencyjna uprawnia do korzystania z utworu w okresie pięciu lat na terytorium państwa, w którym licencjobiorca ma swoją siedzibę, chyba że w umowie postanowiono inaczej.
2.  Po upływie terminu, o którym mowa w ust. 1, prawo uzyskane na podstawie umowy licencyjnej wygasa.

Co to oznacza w praktyce? W umowie, na podstawie której udzieliłeś licencji, masz prawo określić okres trwania licencji (na czas nieoznaczony lub czas zamknięty). Jeżeli z niewiadomych powodów tego nie zrobiłeś, to w myśl przywołanego przepisu licencja wygasa po upływie pięciu latach. Chciałbym zwrócić uwagę, że w przypadku udzielenia licencji (za wyjątkiem licencji wyłącznej) polskie prawo nie narzuca formy, w jakiej ma zostać zawarta umowa dla swej  ważności. Tak wiec do zawarcia umowy licencji może dojść w wyniku ustnych ustaleń, czy też wymiany i akceptacji warunków określonych za pośrednictwem poczty elektronicznej czy też faksu.

Czy umowy licencyjne są wypowiadalne, a jeżeli tak, to na jakich zasadach? Przywołam treść art. 68 Ustawy, który z pewnością trochę namiesza w głowach i po raz kolejny ktoś stwierdzi, że prawo jest jakieś „dziwne”.

Art. 68. 1. Jeżeli umowa nie stanowi inaczej, a licencji udzielono na czas nieoznaczony, twórca może ją wypowiedzieć z zachowaniem terminów umownych, a w ich braku na rok naprzód, na koniec roku kalendarzowego.
2. Licencję udzieloną na okres dłuższy niż pięć lat uważa się, po upływie tego terminu, za udzieloną na czas nieoznaczony.

Po przeczytaniu art. 68. 2 narzuca się pytanie w stylu: To jak w końcu jest z umową licencji zawartą na czas określony dłuższy niż 5 lat? Jest zawarta na czas nieokreślony czy na pięć lat? Takie pytania pojawiły się też w praktyce i sprawa trafiła aż do Sądu Najwyższego, który musiał jednoznacznie zinterpretować tenże przepis (sygn. akt II CK 51/04). Sąd Najwyższy zwrócił uwagę, że w art. 66 i 68 Ustawy przewidziane zostały sposoby ustania obowiązywania umowy licencyjnej na wypadek, gdyby strony nie uregulowały tej kwestii w wiążącym ich kontrakcie. Sąd zwrócił uwagę, że należy przyjąć zasadę racjonalnego ustawodawcy i treść art. 68.2  interpretować łącznie z art. 66.2. Przy takim założeniu można mieć do czynienia z następującymi rodzajami umów licencyjnych:

  1. umowa zawarta na czas oznaczony, nieprzekraczający okres pięciu lat (art. 66). Umowa taka wygasa z upływem terminu, na który została zawarta. Ustawa nie przewiduje możliwości jej wypowiedzenia. Sąd Najwyższy jednak daje pod rozwagę pytanie, czy strony w drodze umowy mogą określić termin wypowiedzenia takiej umowy,
  2. umowa na czas nieoznaczony. W takim wypadku mamy roczny termin wypowiedzenia ze skutkiem na koniec roku kalendarzowego (art. 68 ust. 1),
  3. umowa zawarta na czas oznaczony dłuższy, niż pięć lat (art. 68 ust. 2). Po upływie 5 lat umowa ta podlega wypowiedzeniu na takich samych zasadach , jak umowa zawarta na czas nieoznaczony (patrz punkt 2).  Sama jednak nadal jest umową zawartą na określony czas, co oznacza, że jeżeli żadna ze stron jej  nie wypowie, to wygasa z upływem okresu na jaki została zawarta.

Rozwiązanie zagadki z art. 68 ust. 2. Umowa zawarta na czas określony dłuższy niż 5 lat, obowiązuje przez okres na jaki jest zawarta. Jednak po upływie 5 lat można ją wypowiedzieć, tak jakby była zawarta na czas nieokreślony.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • email
  • Blogger.com
  • Dodaj do ulubionych

Free of charge

Wpis uaktualniony: 7.05.2012

W Polsce zgodnie z prawem każdy utwór w rozumieniu Ustawy jest chroniony od chwili jego ustalenia (art. 1 ust. 3). W przypadku zdjęcia to w zasadzie chwila naciśnięcia przycisku migawki. Z tą też chwilą utwór zaczyna podlegać ochronie prawnej. Każde więc zachowanie osób trzecich (innych niż Ty twórca), niezgodne z Twoją wolą lub wykraczające poza ustawowe zezwolenia będzie mogło być surowo karane ;-) . W USA jest tak samo, a w zasadzie prawie tak samo. Zdjęcie, jako utwór też zaczyna być chronione od chwili jego powstania, jest jedno małe „ale”. To „ale” nazywa się Urząd Ochrony Praw Autorskich. Zdjęcie jako utwór jest chronione od chwili powstania, jednak jeżeli będziesz chciał wystąpić na drogę prawną (czytaj iść do sądu), to najpierw będziesz musiał swoje zdjęcie zarejestrować w Urzędzie Ochrony Praw Autorskich. W zasadzie zarejestrować można w każdym czasie, jednak jeżeli zrobi się to po upływie 3 miesięcy od naruszenia prawa, to nie można liczyć na zwrot kosztów sądowych, jakie zostaną poniesione w związku z procesem, jak również nie dostaniesz zwrotu kosztów prawnika (uwaga: zerknij do PS). Jak widać przymusu rejestracji nie ma, ale jeśli będziesz chciał bronić swoich praw w sądzie, to  i tak zmuszony jesteś zarejestrować utwór w Urzędzie. Ponadto okazuje się, że w przypadku zdjęć „zarejestrowanych” przed naruszeniem odszkodowania są wyższe, niż w sytuacji późniejszej rejestracji (przynajmniej tak sugeruje Kenneth Kobrè w „Fotografii prasowej”). Wygląda na to, że w zasadzie, aby bronić swoich praw autorskich trzeba je jednak zarejestrować. Mamy do czynienia więc z pewnym przymusem, swoistego rodzaju „opłatą za ochronę”. Smaczek polega na tym, że jak podaje Photo District News urząd chce podnieść znacznie ceny rejestracji praw autorskich (jak widać urzędnicy wszędzie lubią być karmieni przez obywateli). W sumie to nie nasz kłopot, ale ciekawostka warta poświęcenia kilku linijek na F-LEX. Ściągę na temat copyright w USA możesz znaleźć TUTAJ.

U nas wyjątkowo jest normalniej i Państwo nie ściąga dodatkowego haraczu za ochronę praw autorskich twórców. Jeżeli Twoje majątkowe lub osobiste prawa autorskie są naruszone, to przysługuje Ci prawo ich obrony, bez konieczności wcześniejszej „legalizacji” chronionego utworu.  Jeżeli okaże się, że miałeś rację w sporze, to otrzymasz zarówno zwrot kosztów sądowych, jak i zwrot kosztów adwokackich.

PS. Niestety zawierzyłem tekstowi zawartemu w książce Kennetha Kobrè. Małe sprostowanie. Źródła oficjalne na stronie Urzędu Ochrony Praw Autorskich US podają, że koszty sądowe i adwokackie zasądzane są wtedy, gdy utwór został zarejestrowany w urzędzie w ciągu 3 miesięcy od jego publikacji lub przed naruszeniem.

If registration is made within three months after publication of the work or prior to an infringement of the work, statutory damages and attorney’s fees will be available to the copyright owner in court actions. Otherwise, only an award of actual damages and profits is available to the copyright owner.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • email
  • Blogger.com
  • Dodaj do ulubionych

Fejsbukowe portfolio

Na portalach społecznościach pojawia się coraz to więcej zdjęć. Autorzy w ten sposób starają się dotrzeć do coraz szerszego kręgu odbiorców. Prawdą jest, że „fejsbuki”, „tłitery” czy też „enki” są niezłym nośnikiem, pozwalającym w krótkim czasie dotrzeć do szerszego odbiorcy. Pokażę zdjęcia swoim znajomym, te zostaną zobaczone przez znajomych znajomych i tak rozszerza się krąg odbiorców. Fajne, nawet bardzo fajne. Publikując na portalu fotograficznym, takim np. jak DigitalFotoVideo zapewne nie dotrzesz do takiej rzeszy odbiorców, jak za pomocą rzeczonego „fejsbuka”. W przyrodzie nie ma nic za darmo, to fajne zapewne też coś kosztuje.  Nie masz co się łudzić, że właściciele portali, tak są nastawieni prospołecznościowo, że nic od Ciebie za to „fajne” nie chcą. Ano chcą, a Ty się na to godzisz. W końcu zaakceptowałeś ten czy ów regulamin. Zajrzyjmy więc do regulaminów.  Sporo znajomych na FB zrobiło sobie portfolio i zamieszcza tam bezpośrednio zdjęcia (ja osobiście jedynie linkuję do swoich zdjęć na Flickr). Regulamin FB mami nas na wstępie i zapewnia nas, że to, co jest nasze, jest nasze.

Użytkownik jest właścicielem wszystkich treści i informacji publikowanych przez siebie w serwisie Facebook i może określać sposób udostępniania ich poprzez ustawienia prywatności oraz ustawienia aplikacji.

Hurra zdjęcia są Twoje. Ale chwilkę potem w regulaminie stoi:
Oprócz tego:

  1.  W przypadku treści objętych prawem własności intelektualnej (IP, ang. intellectual property), takich jak zdjęcia i filmy, użytkownik przyznaje nam poniższe zezwolenie, zgodnie z wprowadzonymi przez siebie ustawieniami prywatności i ustawieniami aplikacji: użytkownik przyznaje nam niewyłączną, zbywalną, obejmującą prawo do udzielania sublicencji, bezpłatną, światową licencję zezwalającą na wykorzystanie wszelkich publikowanych przez siebie treści objętych prawem do własności intelektualnej w ramach serwisu Facebook lub w związku z korzystaniem z nim (Licencja IP). Licencja IP wygasa wraz z usunięciem przez użytkownika zawartości objętej prawami do własności intelektualnej lub swojego konta, o ile nie została ona udostępniona innym osobom, które jej nie usunęły.

(…)”

Co wielkiego się więc stało, gdy umieściłeś w swoim profilu jakieś zdjęcie? Udzieliłeś licencji FB (na szczęście niewyłącznej) w bardzo szerokim zakresie, a dodatkowo wyraziłeś zgodę na udzielenie przez FB dalszych sublicencji do takich zdjęć.  I to jest właśnie cena tego „fajnie”, o którym wspominałem na wstępie.  Powiesz, że nic strasznego, bo gdy usuniesz, to licencja wygasa. I tak i nie, bo jeżeli  Twoje zdjęcie ja jako użytkownik fejsbuka  zalajkowałem, to dalej będzie żyć w wirtualnym świecie FB i licencja nie wygaśnie. Jak widać na załączonym przykładzie, to „fajnie” kosztuje sporo.  Są oczywiście tacy, którzy twierdzą, że mają te zapisy w nosie, bo umieszczają zdjęcia w niskiej rozdzielczości. Nie zmienia to jednak faktu, że portfolio na FB nie jest darmowe. Swoją drogą portfolio budowane w oparciu o FB nie może być chyba traktowane poważnie ;-) .

 Twitter w tym względzie nie jest ani lepszy, ani gorszy od FB.
Użytkownik zachowuje swoje prawa do Treści zgłaszanej, publikowanej lub wyświetlanej w lub za pośrednictwem Usługi. Przesyłając, publikując lub wyświetlając Treść na lub za pośrednictwem Usługi, przyznaje nam na całym świecie, niewyłącznej, nieodpłatnej licencji (z prawem do udzielania sublicencji) do używania, kopiowania, powielania, przetwarzania, dostosowywanie, modyfikowanie, publikowanie, transmitowanie , wyświetlanie i rozpowszechnianie takich treści w dowolnych mediach lub dystrybucji metod (obecnie lub wynalezionej w przyszłości).

Zgadzasz się, aby na prawie tej licencji Twitter mógł udostępniać taką Zawartość innym firmom, organizacjom lub osobom prawnym, które są partnerami Twittera w celu jej publikacji, nadawania lub dystrybucji w innych mediach i usługach, które to będą objęte naszymi zasadami i postanowieniami.”

Decyzja czy  publikować na portalach społecznościowych czy też nie, należy wyłączeni do Ciebie. Teraz jednak będziesz mógł ja podjąć, mam nadzieje, bardziej świadomie.

update 04.05.2012

Bonus dla Piotra :-)

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • email
  • Blogger.com
  • Dodaj do ulubionych

Kontynuacja PIT-olenia

Dzień 30 kwietnia to dobra data, aby wpis na F-LEX był poświęcony podatkom. O podatkach już trochę było, ale to temat rzeka. Rzeka wartka, zmącona i pełna zdradzieckich wirów. Takie są po prostu podatki. Robiąc zdjęcia możesz w różny sposób osiągać dochód, którym z przyjemnością zainteresują się organy podatkowe. No cóż mój specyficzny humor wymusza dzisiejsza data. Będąc fotografem możesz uzyskiwać przychody w różny sposób (fachowo nazywa się to z różnych źródeł przychodów). Jeżeli jesteś etatowym fotografem, to osiągasz przychody z działalności pracowniczej. Będąc wolnym strzelcem możesz osiągać przychody albo prowadząc działalność gospodarczą (pozarolnicza działalność gospodarcza – tak prawidłowo nazywa się to źródło przychodów), albo z działalności wykonywanej osobiście. Jest jeszcze jedno źródło przychodów i z tym prawdopodobnie będziesz miał najczęściej do czynienia – przychody z praw majątkowych. Rozliczenie przychodów „z etatu” pozostawimy na boku, tym niech zajmie się Twój pracodawca. O rozliczaniu z działalności gospodarczej i działalności wykonywanej osobiście pisałem w „PIT-oleniu” i „PIT-olenia ciągu dalszym”. Dzisiaj więc czas na handlowanie zdjęciami.

Odwołanie się do konkretnych przepisów bez dodatkowego oznaczenia będzie dotyczyło ustawy z dnia 26. lipca 1991 r. o podatku dochodowym od osób fizycznych (tj. z 2010 r. Dz.U. nr 51, poz. 307, z późn. zm.). Pojęcie „Ustawa” jak zawsze zarezerwowane jest dla ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych.

Wynagrodzenie ze „sprzedaży” zdjęć w świetle prawa podatkowego będzie kwalifikowane jako przychód z praw majątkowych, co wynika z treści art. 18. „Za przychód z praw majątkowych uważa się w szczególności przychody z praw autorskich i praw pokrewnych w rozumieniu odrębnych przepisów, praw do projektów wynalazczych, praw do topografii układów scalonych, znaków towarowych i wzorów zdobniczych, w tym również z odpłatnego zbycia tych praw.” Przy jakich więc czynnościach prawnych pojawi się nam przychód z praw majątkowych? Zapewne w każdej sytuacji, gdy będziemy mieli do czynienia ze sprzedażą majątkowych praw autorskich do fotografii, jak również w sytuacji udzielenia licencji do korzystania z fotografii (nie ma żadnego znaczenia rodzaj udzielanej licencji). Mamy już zidentyfikowany przychód. Co z kosztami? Czy są jakieś koszty? Jeżeli są, to kto może je odliczyć? Jeżeli prowadzisz działalność gospodarczą i rozporządzasz prawami majątkowymi w ramach tej działalności, to rozliczasz się na zasadach ogólnych, albowiem do przychodów określonych w art. 14, czyli osiąganych w ramach działalności gospodarczej, nie stosuje się przepisu art. 22 ust. 9 pkt 3. Przepis art. 22 ust. 9 pkt 3 jest bardzo ważny dla osób, które rozporządzają swoimi prawami do zdjęć, a nie prowadzą działalności gospodarczej. Pamiętasz, że jesteś twórcą w rozumieniu Ustawy? Skoro jesteś twórcą i nie prowadzisz działalności gospodarczej, to koszty uzyskania przychodu określa się w Twoim przypadku w wysokości 50 % uzyskanego przychodu.

Art. 22 ust. 9 pkt 3. Koszty uzyskania niektórych przychodów określa się z tytułu korzystania przez twórców z praw autorskich i artystów wykonawców z praw pokrewnych, w rozumieniu odrębnych przepisów, lub rozporządzania przez nich tymi prawami – w wysokości 50 % uzyskanego przychodu, z tym że koszty te oblicza się od przychodu pomniejszonego o potrącone przez płatnika w danym miesiącu składki na ubezpieczenia emerytalne i rentowe oraz na ubezpieczenie chorobowe, o których mowa w art. 26 ust. 1 pkt 2 lit. b, których podstawę wymiaru stanowi ten przychód.

Koszty w wysokości 50% stosuje się zarówno w przypadku przeniesienia autorskich praw majątkowych, jak również w przypadku udzielenia licencji. Dobra wiadomość to taka, że każdorazowo gdy udzielasz licencji, możesz określić koszty na poziomie 50% przychodów (a np. przy licencji na wynalazek można tylko raz skorzystać z odliczenia kosztów). Żeby skorzystać z dobrodziejstwa określenia kosztów na poziomie 50% przychodu musisz być twórcą utworu, którym rozporządzasz. Jeżeli masz prawa do danego zdjęcia, ale nie jesteś jego autorem, to niestety ta zasada Ciebie nie będzie dotyczyła.

Co z zaliczką na podatek? Jeżeli nabywcą autorskich praw majątkowych lub licencjobiorcą jest osoba fizyczna prowadząca działalność gospodarczą, osoba prawna i jej jednostki organizacyjne oraz jednostka organizacyjna niemająca osobowości prawnej (np. spółka cywilna), to są one obowiązane jako płatnicy pobierać zaliczki na podatek dochodowy (art. 41 ust.1).

Czas na podsumowanie. Jeżeli jesteś twórcą (autorem zdjęcia) i nie dokonujesz zbycia autorskich praw majątkowych (lub nie udzielasz licencji) w ramach prowadzonej działalności gospodarczej, to możesz zastosować koszty w wysokości 50% przychodów.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • email
  • Blogger.com
  • Dodaj do ulubionych

Sytuacja podbramkowa

W tym roku w Europie odbędą się co najmniej dwa duże wydarzenia sportowe: Mistrzostwa Europy w piłkę kopaną oraz Letnie Igrzyska Olimpijskie w Londynie. Wspominam o tym, bo wpisuje się to w temat dzisiejszego F-LEXa. Swego czasu, w sumie całkiem niedawno, bo w lutym pisałem o tym, jak byłoby fajnie, gdyby na Starym Kontynencie, wzorem amerykanów rozróżniać „right of publicity” od ochrony wizerunku w celach komercyjnych. Jakie to ma jednak powiązanie z przywołanymi powyżej dwoma imprezami sportowymi? Ma i o tym właśnie dzisiejszy wpis. W polskim prawie pojawia się bowiem coś na kształt prawa do komercyjnego wykorzystania wizerunku. A wszystko to za sprawą ustawy o… sporcie. Nie inaczej, właśnie ustawa z dnia 26.06.2010 r. o sporcie (Dz.U. nr 127, poz. 857 ze zm.) zawiera regulacje dotyczące komercyjnego wykorzystania wizerunku. Warto przypomnieć, że pierwsza regulacja w tym zakresie zawarta była, w nieobowiązującej już ustawie z 2005 r. o sporcie kwalifikowanym.

Art. 14. 1. Członek kadry narodowej udostępnia, na zasadach wyłączności, swój wizerunek w stroju reprezentacji kraju polskiemu związkowi sportowemu, który jest uprawniony do wykorzystania tego wizerunku do swoich celów gospodarczych w zakresie wyznaczonym przez regulaminy tego związku lub międzynarodowej organizacji sportowej działającej w danym sporcie.
2. Członek reprezentacji olimpijskiej udostępnia, na zasadach wyłączności, z chwilą powołania do reprezentacji olimpijskiej, swój wizerunek w stroju reprezentacji olimpijskiej Polskiemu Komitetowi Olimpijskiemu, który jest uprawniony do wykorzystania tego wizerunku do swoich celów gospodarczych w zakresie wyznaczonym przez swoje regulaminy lub regulaminy Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego.
3. Zawodnik przed zakwalifikowaniem do kadry narodowej lub reprezentacji olimpijskiej wyraża zgodę na rozpowszechnianie swojego wizerunku w stroju reprezentacji kraju w rozumieniu art. 81 ust. 1 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. z 2006 r. Nr 90, poz. 631, z późn. zm.).

Z przepisów tych wynika, że jedynym uprawnionym do „gospodarczego” korzystania z wizerunku sportowca danej dyscypliny w stroju reprezentacji kraju przysługuje konkretnemu polskiemu związkowi sportowemu lub PKOL. Ewidentnie jest to przykład komercyjnego wykorzystania prawa do komercyjnego wykorzystania wizerunku, o czym wspominałem w „Right of publicity”.

Sąd Najwyższy (sprawa o sygn. akt I CSK 160/09) uznał, że „udostępnienie wizerunku jest czymś więcej niż wyrażeniem zgody w rozumieniu art. 81 Pr.aut., zatem wola zawodnika przynależności do reprezentacji kraju jest równoznaczna z jego zgodą na wykorzystanie wizerunku w granicach określonych w art. 33 ust. 1 ustawy [uwaga: obecnie art. 14 ust. 1 ustawy o sporcie, wyrok odwołuje się do treści ustawy z 2005 r.]. Z wykładni językowej tego przepisu wynika, że zawodnik udostępnia na zasadach wyłączności polskiemu związkowi sportowemu swój wizerunek w stroju reprezentacji kraju, przy czym zakres jego wykorzystania ustawodawca pozostawił do określenia związkowi sportowemu w wewnętrznych aktach organizacyjnych. Oznacza to, że zawodnik nie może bez zgody polskiego związku sportowego upoważniać osób trzecich do wykorzystywania jego wizerunku w stroju reprezentacyjnym. Wykorzystanie wizerunku do celów gospodarczych oznacza także cel zarobkowy, zgodny z funkcją danego polskiego związku sportowego, który nie może być sprzeczny z jego statutowymi zadaniami. Taka działalność obejmuje m.in. zawieranie umów wzajemnych, które mogą polegać na udostępnieniu kontrahentowi wizerunku członków kadry narodowej w stroju reprezentacji kraju w zamian za świadczenie pieniężne wykorzystywane na realizację statutowych zadań, np. na szkolenie zawodników kadry. Charakterystyczne jest, że ustawodawca użył wyrażenia „wykorzystywanie” wizerunku, mającego szerszy zakres znaczeniowy niż „rozpowszechnianie”, o którym mowa w art. 81 Pr.aut.

Co to wszystko oznacza dla amatora? Co w przypadku, gdy uda Ci się wnieść aparat na stadion albo sfotografujesz pana X lub Y wychodzących z hotelu w stroju reprezentacyjnym? Czy cytowane przepisy i orzeczenie mają jakiś wpływ na Twoje uprawnienia? Raczej w niewielkim stopniu. Przepis art. 14 ustawy o sporcie nie wprowadza zakazu fotografowania lub zakazu publikowania wizerunku sportowca. Uważny czytelnik F-LEXa zapewne pamięta, że fotografować można każdego, no prawie każdego (dla nieuważnych podpowiedź: szukajcie tekstu, w którym pisałem o art. 191a kodeksu karnego), nie zawsze można natomiast rozpowszechniać jego wizerunek. Jeżeli będziesz chciał opublikować wizerunek sportowca X lub Y, to przede wszystkim musisz sobie odpowiedzieć na pytanie, czy masz do tego prawo na podstawie art. 81 ust. 2 Ustawy. Z treści cytowanego art. 14 wynika bowiem, że sportowiec nie ma możliwości wyrazić Ci zgody na publikowanie i wykorzystanie wizerunku w stroju reprezentacyjnym (to prawo przysługuje polskiemu związkowi sportowemu, do którego należy), jak również dokonana przez Ciebie zapłata za pozowanie nie spowoduje, że uzyskasz prawo w tym zakresie. Nie zmienia to jednak faktu, że np. zdjęcie grającego na boisku piłkarza, stanowiącego element sytuacji podbramkowej, można śmiało publikować.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • email
  • Blogger.com
  • Dodaj do ulubionych

Iloczyn, czyli matematyką w naruszyciela

PetaPixel donosi o procesie za naruszenie licencji i bezprawnie wykorzystywanie zdjęć, w którym fotograf żąda bagatela 250 milionów USD odszkodowania. Z informacji wynika, że umowa licencyjna była zawarta na okres sześciu miesięcy i dokładnie określała w jakim zakresie licencjobiorca może wykorzystywać zdjęcia.  Ponoć firma używała zdjęć kilka lat i to także na innych polach, niż wynikało to z umowy.  Ciekawostką jest to,  że pozwana firma próbowała przekonać sąd do odrzucenia pozwu argumentując, że nabyła prawa do zdjęć gdyż… dokonała w nich zmian (m.in. zmieniła odcień barwy skóry modeli i dodała efekty graficzne).  Ciekawa koncepcja „przejęcia praw do zdjęcia”. Sąd nie dał się jednak nabrać na powstanie utworu zależnego i sprawa będzie się toczyć normalnym rytmem.  Jak podaje Petapixel sprawa zwykła, jakich wiele, jedynym rodzynkiem powodującym zainteresowanie jest jednak żądana kwota odszkodowania.

Jak zwykle postaram się przełożyć tę sprawę na nasze polskie podwórko. Czego mógłby domagać się polski fotograf, w polskim sądzie? Katalog żądań w związku z naruszeniem majątkowych praw autorskich zawarty jest w art. 79 Ustawy. Zajmijmy się jednak nie satysfakcją fotografa(żądanie zaniechania naruszania lub usunięcia skutków naruszenia), a naprawieniem szkody materialnej, czyli mowa będzie o pieniądzu.

Art. 79. 1. Uprawniony, którego autorskie prawa majątkowe zostały naruszone, może żądać od osoby, która naruszyła te prawa:
3)naprawienia wyrządzonej szkody:
a)na zasadach ogólnych albo
b)poprzez zapłatę sumy pieniężnej w wysokości odpowiadającej dwukrotności, a w przypadku gdy naruszenie jest zawinione – trzykrotności stosownego wynagrodzenia, które w chwili jego dochodzenia byłoby należne tytułem udzielenia przez uprawnionego zgody na korzystanie z utworu;
4)wydania uzyskanych korzyści.

W przypadku żądania odszkodowania na zasadach ogólnych pewnie nie obejdzie się bez wizyty u prawnika. Trzeba bowiem wykazać szkodę, zawinione działanie naruszającego i związek przyczynowy pomiędzy szkodą a tymże działaniem. Samemu pewnie też nie dasz sobie rady, gdy będziesz chciał dochodzić  wydania uzyskanych przez naruszającego korzyści.

Nie powinno być natomiast trudności z żądaniem odszkodowania w oparciu o art. 79 ust. 1 pkt b Ustawy. Sąd Najwyższy uznał, że „wynagrodzenie stosowne w rozumieniu art. 79 ust. 1 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (jedn. tekst: Dz. U. z 2000 r. Nr 80, poz. 904 ze zm.), to takie wynagrodzenie, jakie otrzymałby autor (autor opracowania zależnego), gdyby osoba, która naruszyła jego prawa majątkowe, zawarła z nim umowę o korzystanie z utworu w zakresie dokonanego naruszenia sygn. akt II CK 90/03)”. Skoro za półroczną licencję otrzymałem wynagrodzenie w wysokości dajmy na to 10.000 PLN. To za kolejne 3 lata  powinienem dostać co najmniej 6 x 10.000,00 PLN to jest 60 tyś. Licencjobiorca wiedział, że skończyła mu się licencja, a mimo to nadal korzystał ze zdjęć, to zapewne mamy do czynienia z zawinionym jego działaniem. Ustawa w takiej sytuacji pozwala żądać trzykrotność normalnego wynagrodzenia. Tym samym nasze żądanie urasta do kwoty 180.000,00 PLN.  W ten sposób ustaliliśmy wysokość żądania.

 Zaraz, zaraz ale to nie jest byłoby całe żądanie w przypadku opisanym w Petapixel. Powyższa wyliczanka matematyczna dotyczy tego obszaru, jaki wynikał z umowy licencji. Jeżeli zdjęcia były używane także w innym zakresie, to za „ten inny obszar” też należy się odszkodowanie. Można zastosować ten sam mechanizm obliczania „razy trzy” co powyżej. Jest jednak jeden mały szkopuł. Musimy wycenić „ten dodatkowy” obszar. Tym razem nie mamy do czego się odwołać (powyżej odwoływaliśmy się do wynagrodzenia z umowy). Możemy oczywiście wycenić go poprzez odwołanie do wyceny z umowy, ale pewnie bez biegłego się nie obędzie w tym zakresie.

Zapewne w dochodzonej sądownie kwocie może znaleźć się również wartość uzyskanych przez naruszyciela korzyści. Problem zwrotu korzyści jest jednak na tyle skomplikowany, że nie wiem, czy w ogóle nadaje się jako  temat na F-LEX. Zobaczymy :-)

 Czy będzie jakiś morał z dzisiejszego wpisu? Będzie ;-) . Warto spisać umowę licencyjną, warto zadbać również o to, żeby dokładnie w niej były opisane zasady, na jakich jest ona udzielana, jak również wskazać wynagrodzenie za jej udzielenie. Jeżeli nie przyda się ona przeciwko licencjobiorcy, to może stanowić przyczynek do wyceny Twoich autorskich praw majątkowych w innych sporach.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • email
  • Blogger.com
  • Dodaj do ulubionych

Subiektywnie o Nikonie D800

Dzisiaj będzie bardzo nieobiektywnie, czyli moje spostrzeżenia dotyczące nowego Nikona, albo D800 widziany oczyma amatora. Najkrótsza recenzja zawiera się w dwóch słowach: JEST FAJNY. Na tym można byłoby zakończyć dzisiejszy wpis, ale byłoby to chyba nie do końca poważne. :-) Każdy kto oczekuje rzetelnego testu musi poczekać na zapowiedziane testy w DVF czy FOTO-KURIERZE.

Większość, jak nie wszyscy porównują D800 albo do nowej puszki Canona, co ma jakieś problemy, albo do D700.  Tak przy okazji wpis o D700 jest już nieaktualny. D700 czeka na przyjazd z Krakowa nowego Pana. ;-)  Jeżeli w swoich spostrzeżeniach będę robił jakieś odwołania, to  będą do mojego pieszczocha, czyli do D3s. Przy okazji pozdrawiam serwis NIKONA i zachęcam do rozpoczęcia naprawy (pierwszy tydzień już minął).

Nikon ma jedną wielką zaletę. Jeżeli kiedykolwiek robiło się zdjęcia aparatem tej firmy, to nie ma najmniejszych problemów z „odpaleniem” następców. Nie powiem, zmiany są, ale nie aż tak drastyczne, że nie można sobie  z tym poradzić. Zwłaszcza, jeżeli się wcześniej o tym czytało. Oczywiście chodzi o tryb wyboru pola autofokusa oraz rodzaju autofokusa (AF-S, czy AF-C).

Na lewym kółku w D800 pojawił się dodatkowy przycisk, znany posiadaczom D3s, a kompletnie obcy właścicielom D700. Przycisk dotyczący braketingu. Przyznam się, że wielokrotnie łapałem się na tym, że biorąc D700 do ręki szukałem guzika z braketingiem, zapominając, że obsługuje się go tylko z pozycji menu. Mała rzecz, a cieszy. Zwłaszcza, jeżeli ma się „złe” nawyki z D3s.

Inny „bajer” znany w D3s, a obcy w D700, który zagościł w D800, to rozszerzone banki menu. Rzecz, którą Canonierzy mieli od prawie zawsze (pozycja C1, C2, C3 – można było im zazdrościć), a Nikon tylko na najwyższej półce. Obecnie w D800 są rozszerzone banki, co pozwala do każdego banku przypisać dedykowane parametry ekspozycji. Kolejna rzecz dosyć istotna. W D700 tego mi brakowało. Chociaż na forum DFV jeden z czcigodnych moich kolegów Nikoniarzy starał się mi wmówić, że w D700 są rozszerzone banki. Ano nie ma, nie było i nie będzie. Może w D700s, jeżeli takowy kiedykolwiek ujrzy światło dzienne.

Duża zmiana na plus, zarówno w stosunku do D700, jak i do D3s, to obsługa i działanie podglądu na żywo. Po pierwsze w D800 podgląd na żywo włączany jest przyciskiem (tak jak w D3s). Koniec z kłopotliwym włączaniem  LV za pomocą lewego pokrętła (tak jest w D700). I kolejna moim zdaniem mała rewolucja, ale jakże przydatna, w zakresie LV. W D800 jest po prostu LV, natomiast zarówno w D3s, jak i D700 mamy LV tryb statywu i tryb bez statywu. Taka konieczność ciągłego przełączania bardzo mnie irytowała, zwłaszcza, że zdarzało mi się o tym zapomnieć. W D800 jest po prostu LV (bez żadnych tam trybów). O skłamałbym troszkę. ;-) Są tryby: fotografowanie i filmowanie. Ale akurat to jest przełącznik przy guziku LV. Swoją drogą bez przełączenia w tryb filmowanie trudno będzie zacząć filmować. :-)

Z drobniejszych rzeczy, które cieszą, to pozycja d7 w menu – Pokaż ISO/łatwe ISO. To, że w miejscu gdzie normalnie wyświetlana jest liczba wykonanych zdjęć, wyświetlana jest wartość ustawionego ISO, to w zasadzie mały pikuś (można sobie sprawdzić w wizjerze, a w D3s na dolnym wyświetlaczu).  Ważniejsze jest to, że przy wyborze tejże opcji, gdy aparat ustawiony jest w trybie A (tryb priorytetu przysłony), za pomocą głównego pokrętła sterującego… można zmieniać wartość ISO.  Dla mnie rewelacyjne rozwiązanie! Ciemny kościół, brak możliwości użycia statywu, zapewne priorytet A na puszce. Chcę zrobić zdjęcie, ustawiam przysłonę, a tu okazuje się, że czas za długi. Wtedy bez konieczności manipulowania w menu po prostu kręcę sobie kółkiem przednim. Doprawdy świetne rozwiązanie, a przede wszystkim jakie praktyczne.

Są też „minusy”. NEF ważący około 42 MB, JPG ważący 18 MB (a TIFF bagatela 108 MB). Niestety aparat jest bardzo „kartożerny”. Do tej pory dwie szesnastki w D3s i ósemka w D700 starczyły na obfotografowanie 3-4 dniowej Florencji. Dwie szesnastki w D800 to raptem razem około 300 ujęć, a gdzie tu jeszcze miejsce na filmiki? O filmowaniu napiszę pewnie kiedy indziej. Jedno co powiem, to że D800 jest królem, w porównaniu z D3s. Według mnie w D3s funkcja filmowania wrzucona jest na doczepkę, a w zasadzie jej nie ma (zresztą nie ma chyba nikogo, kto kupiłby  D3s dla funkcji filmowania), natomiast przy D800 zaczynam poznawać, czym jest filmowanie lustrzanką i jaką może sprawiać radość.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • email
  • Blogger.com
  • Dodaj do ulubionych