Czy kula u nogi podlega ochronie?

Święta minęły i najwyższy już czas, aby blog ocknął się ze świątecznego letargu. Dzisiaj kilka słów o ochronie zdjęć w kontekście orzeczenia, jakie zapadło w październiku w Poznaniu (postanowienie Sądu Apelacyjnego z 17.10.2012 r., sygn. akt I Acz 1753/12). Postanowienie zostało wydane w ramach postępowania zabezpieczającego, o którym kiedyś pisałem w „Przezorny zawsze zabezpieczony”. Nie wdając się w kwestie procesowe warto jednak zapoznać się z jego uzasadnieniem, gdyż każdy fotograf może w nim znaleźć kilka ważnych wskazówek dotyczących ochrony praw majątkowych do utworu fotograficznego. Na początek abecadło.

Naruszenie praw majątkowych do utworu fotograficznego polega zwykle na wykorzystaniu go wprost w całości lub we fragmentach.

Prawda, że proste. Nie ma łatwiejszego przypadku, niż wskazany powyżej przez sąd. Jeżeli ktoś wykorzystał Twoje zdjęcie w całości lub jego fragment nie posiadając stosownej licencji lub autorskich praw majątkowych do niego, to narusza Twoje prawo. Dalej już tak łatwo nie będzie.

Ochronie może też jednak podlegać, w przypadku zdjęć pozowanych, ich szczególna kompozycja, w twórczy sposób wykorzystująca odpowiedni układ osób, przedmiotów, elementów krajobrazu itp.

W takiej sytuacji rozstrzygnięcie zapewne zapadnie dopiero w sądzie i to po uzyskaniu opinii biegłych, którzy będą musieli ocenić, czy rzeczywiście kompozycja stanowi przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, bo tylko taki jest przedmiotem praw autorskich (art. 1 ust. 1 Ustawy). Warto w tym miejscu przypomnieć sobie, co pisałem w „Inspiracja czy utwór zależny”. Sprawa doprawdy skomplikowana i każdy przypadek wymaga wnikliwej, indywidualnej analizy.

A na finał coś, co zapewne ucieszy wielu. 🙂

Co do zasady, nie podlega ochronie, również w przypadku fotografii „pozowanych”, samo wykorzystanie w niej konkretnych osób, rekwizytów itp.

Sąd uznał za niedopuszczalne próbę zawłaszczenia pewnych idei i motywów, powszechnie funkcjonujących w kulturze i twórczości artystycznej, a związanych z małżeństwem, ślubem, weselem. Jako przykład wskazał motywy „wspólnej drogi” czy „niewoli małżeńskiej”. Ponadto stwierdził, że typowe są również powszechnie wykorzystywane w tych motywach rekwizyty, takie jak obrączki ślubne, „kajdany”, „kula u nogi”, różnego rodzaju pojazdy itp.

Do zobaczenia w Nowym Roku! Pomyślności i dużo dobrego światła.

PS. F-LEX zapada w kolejny sen zimowy i ogłasza przerwę techniczną do 15 stycznia 2013. Czas na narty. 🙂

Wesołych Świąt

Wszystkim zaglądającym na F-LEXa chciałbym życzyć spokojnych, radosnych oraz przede wszystkim rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia oraz pomyślności w nadchodzącym Nowym 2013 Roku.

Samych pogodnych chwil, dobrego światła, wiele radości z fotografowania oraz jak najmniej kontaktów z prawem. 😉

Darek

Flickr to nie Instagram

Poprzedni wpis dotyczył zamachu Instagramu na wizerunek, upodobania i zdjęcia użytkowników. Wszyscy o tym pisali, więc pisałem również ja. W sieci pojawiło się wiele informacji, także czasem nieprzemyślanych lub nieprawdziwych. Jak to w sieci! 😉
Ja chciałbym wystąpić w obronie Flickra. I wcale nie dlatego, że większość moich zdjęć właśnie tam zamieszczam. Portal TVN24 pisząc o Instagramie (w zasadzie większość to streszczenie notatki, która także mnie posłużyła jako asumpt do wpisu „Czy FB pójdzie drogą Instagramu?”) przy okazji stawia taką oto tezę, dotyczącą Flickra:

„Zmiany w regulaminie mogą pomóc podobnej stronie o nazwie Flickr, należącej do Yahoo!. Tam regulamin również przewiduje możliwość odsprzedawania zdjęć użytkowników firmom zewnętrznym, ale jedynie za ich zgodą i przy podzieleniu się zyskiem.”

Piszący z TVN24 coś tam wie, wie że gdzieś dzwoni, ale niekoniecznie w którym kościele. 🙂 Ale po kolei.
Flickr sam z siebie nie sprzedaje zdjęć. Każdy z użytkowników publikując zdjęcie na Flickr ma możliwość zdecydować o prawie jego użycia przez innych. Użytkownik może udzielić licencji na podstawie Creative Commons (pisałem o tym w „Flickrowych zasadach”). Może lecz nie musi. To jego dobra wola. Jeżeli użytkownik nie udziela żadnych licencji, to pojawia się na stronie informacja „All rights reserved”.

Jeżeli chciałbyś sprzedać swoje zdjęcia, to masz możliwość wybrania opcji, że jesteś zainteresowany ich sprzedażą za pośrednictwem Getty Images. To, że jesteś zainteresowany sprzedażą zdjęcia publikowanego na Flickr wcale nie oznacza, że wszelkie Twoje wiekopomne dzieła od razu trafiają do Getty Images. Wybranie tej opcji jest jedynie swego rodzaju podaniem o przyjęcie utworu do bazy sprzedawanych zdjęć. To edytorzy Getty Images decydują, czy i które z Twoich zdjęć ewentualnie może trafić do sprzedaży za ich pośrednictwem. Tak na marginesie muszę przyznać, że mają oni czasem dziwny gust (albo może ich klienci). Wnioskuję to z tego, że część z moich zdjęć, jakie trafiła do Getty jest przeciętna i niekoniecznie są to zdjęcia z których jestem zadowolony. Przyznać jednak trzeba, że ego (niestety nie kieszeń) mam podbudowane, gdy obok zdjęcia pojawia się cena np. 310 EURO 😉

Wróćmy teraz do notki z TVN24. Można by zapytać: Co ma piernik do wiatraka (czyli co ma Instagram do Flickra)?

  • Flickr samozwańczo nie uzurpuje sobie praw do licencji, a Instagram tak.
  • Flickr nie sprzedaje zdjęć (prawidłowo powinno być -nie udziela licencji), a Instagram tak.
  • Flickr umożliwia jedynie użytkownikom aplikowanie do Getty Images, dzięki czemu można coś zarobić, Instagram zarabia sam i pokazuje użytkownikowi figę.
  • Flickr nie rości sobie praw do „wykorzystywania użytkownika”, jego wizerunku lub zdjęć do celów reklamowych swoich klientów, a Instagram będzie to robił.
  • Getty Images, jak każdy pośrednik, bierze za swe pośrednictwo prowizję od posiadacza autorskich praw majątkowych (ale tylko wtedy, gdy sprzedasz coś za ich pośrednictwem), a Instagram nic nie płaci, a dużo chce i to wbrew woli użytkownika (OK przesadziłem z tym „wbrew woli”. Przecież wola została wyrażona poprzez akceptację regulaminu. Zawsze można nie akceptować regulaminu i nie korzystać z Instagramu).

Uważam, że zasady Flickra są uczciwe i takie analogie, jak zawarte w tekście na portalu TVN24, są szkodliwe i nie mają żadnego uzasadnienia.

PS. Aha, żeby była jasność! Autor F-LEXa nie jest żadną Segrittą, nie dostał nic od Flickra, a dodatkowo jeszcze musi mu co rok zapłacić kilka dolców. 😉

Czy Facebook pójdzie śladem Instagramu?

Czy zmiany na FB pójdą również w tym samym kierunku co na Instagramie? Miejmy nadzieję, że nie. Nie można jednak wykluczyć i takiego rozwoju sytuacji. W zasadzie czemu nie? Ostatnie głosowanie w sprawie zmiany zasad funkcjonowania FB pokazało, że przysługujące nam prawo wyboru należy do tej kategorii praw, z której najrzadziej korzystamy. Najlepiej widać to po frekwencji podczas różnego rodzaju wyborów. Niezależnie, czy wybieramy sołtysa, radnego, posła czy Prezydenta, za każdym razem większość ma to w nosie i zostaje w domu. Czyżby demokracja nas przerastała? Stop, stop, stop! Wracajmy z tych niebezpiecznych manowców polityczno-wyborczych na bliższe nam pole FB i Instagramu.
Jeżeli chcesz oddać prawo do zdjęć i swojej twarzy za darmo, to używaj nadal po 16 stycznia 2013 r. Instagramu, volenti non fit iniuria. Zaskakująca jest jednak nota na stronie, która jest jakby takim wyjaśnieniem do zmian, jakie wejdą w życie 16 stycznia 2013 r. Instagram zapewnia w niej, że nic się nie zmienia w zakresie prawa własności. To akurat jest prawdą. „Nothing has changed about your photos’ ownership or who can see them.” A potem coś tam bąka, że zmiany pozwolą na lepsze funkcjonowanie jako część FB, a w ogóle to cieszcie się, bo łatwiej powalczymy ze spamem (oczywiście dla Ciebie drogi użytkowniku). „Our updated privacy policy helps Instagram function more easily as part of Facebook by being able to share info between the two groups. This means we can do things like fight spam more effectively, detect system and reliability problems more quickly, and build better features for everyone by understanding how Instagram is used. Our updated terms of service help protect you, and prevent spam and abuse as we grow.” Dziwnie jakoś tak nie wspomina o zmianach w zakresie udzielanej przez użytkownika licencji. To jest właśnie ten element, który jest niebezpieczny. Dlaczego uważam, że niebezpieczny? Ano dlatego, że w porównaniu z dzisiejszą licencją, na podstawie nowej jej treści użytkownik udzielając licencji zezwala na jej sublicencjonowanie, jak i przenoszenie jej na podmioty trzecie. Instagram (a raczej FB) zarabia na tym, a Ty stukasz się w czoło i zastanawiasz dlaczego byłeś taki durny. 😉
Ponadto w zasadzie zarówno Twój wizerunek, Twoje nazwisko, Twoje zainteresowanie oraz wszystko o czym serwis wie na Twój temat, może zostać wykorzystane do reklamy, a Ty oczywiście zrzekasz się jakichkolwiek roszczeń o zapłatę. Tak więc będąc użytkownikiem Instagramu Ty, jak i Twoje zdjęcia możecie stać się zarówno Twarzą Pampersa, jak i Twarzą Jaguara. Ale nie Ty o tym decydujesz. I oczywiście wszystko za free. Brzmi to groźnie i jest niebezpieczne dla użytkowników, a jednocześnie pokazuje w jakim kierunku zmierzać może i sam FB. W końcu przecież nastąpił „Koniec demokracji na Facebooku”

PS. Jeżeli jesteś ciekaw, jak rzeczywiście zmienia się regulamin tylko w zakresie licencji, kliknij TUTAJ (znajdziesz tam przygotowany przeze mnie plik pokazujący różnice pomiędzy obecnymi i przyszłymi regulacjami dotyczącymi praw).

Prywatność

Publikując „fajną fotkę”  pijanego i leżącego na ulicy kolesia można sobie nieźle napytać biedy. Oczywiście chodzi o konieczność częstych wizyt w przybytku Temidy. W takich fotach specjalizują się zwłaszcza różne demotywatory czy też kwejki. Zazwyczaj do śmiechu nie jest temu, który jest na zdjęciach, często dodatkowo okraszonych obraźliwymi lub złośliwymi podpisami.

To, że ktoś pije, lubi spacerować zygzakiem po ulicach swego miasta, czy też śpi pod płotem, jest jego prywatną sprawą. Oczywiście poza naszym zainteresowaniem zostaje ocena moralna takiego zachowania. W podobny sposób zachowuje się sąd cywilny, który ocenia fakty i ewentualnie stwierdza naruszenie prawa, bądź nie. Skutkiem tego było, że wielokrotnie opinia publiczna była oburzona na wyrok sądu, bo np. „stanął w  obronie pijaka”, a „uczciwy obywatel przegrał sprawę”.  F-LEX, podobnie jak sąd, stara się dokonywać jedynie oceny prawnej opisywanych zjawisk i zdarzeń. Dzisiaj kilka słów na temat ochrony dóbr osobistych w związku z prawem do prywatności każdego z nas. Nawet niekoniecznie będzie o samym wizerunku (jak nigdy!).

Sąd Apelacyjny w Warszawie w orzeczeniu z dnia 8 lipca 2009 r. (sygn. akt I ACa 316/09)  stwierdził, że „Sposób spędzania wolnego czasu, a zatem życie prywatne jest dobrem osobistym każdego człowieka i nie może on być przedmiotem publikacji prasowej opatrzonej fotografiami, jak również imieniem i nazwiskiem osoby której dotyczy, o ile ta osoba nie wyraziła zgody na publikację jej danych personalnych.” Ktoś zaraz powie, że przecież sąd mówi tylko o publikacji prasowej, a ja publikuję na blogu, na własnej stronie, czy też galerii internetowej. Zły kierunek myślenia! 😉 Tym bardziej nam nie wolno. Prasie wolno trochę więcej niż innym, co wynika z przepisów prawa prasowego. Skoro więc prasie nie wolno umieścić bez zgody zdjęcia np. pijanego autora F-LEX-a, z podpisem „co robi dar_wro po godzinach”, to tym bardziej nie wolno tego robić innym. W uzasadnieniu cytowanego orzeczenia sąd podkreślił, że „osoba prywatna, ma prawo do spędzenia wolnego czasu w sposób mu odpowiadający i ma prawo do zachowania tajemnicy swoich upodobań, nawet jeżeli nie są one aprobowane przez autora artykułu i bez zgody na publikację danych osobowych, nie powinny one zostać umieszczone w treści artykułu”. I znowu należy podkreślić, że nie dotyczy to tylko autora artykułu, ale każdego publikującego, w jakiejkolwiek formie (blog, forum, portal). No chyba, że tym pijanym sąsiadem byłby np. poseł. Ale uwaga, pijanemu posłowi po godzinach też przysługuje prawo do prywatności.

Osoba podejmująca działalność publiczną powinna być świadoma, że jej życie, czyny oraz poglądy będą poddawane ocenie i weryfikacji, ponieważ społeczeństwo ma prawo do pełnej informacji o wszystkich przejawach życia publicznego. Nie może to jednak prowadzić do usuwania wszelkich barier niedostępności, a tym samym do naruszenia samej istoty prawa do ochrony życia prywatnego. Ingerowanie w sferę prywatności może nastąpić wyjątkowo i obejmować tylko fakty, które pozostają w bezpośrednim związku z prowadzoną przez daną osobę działalnością publiczną.” (Wyrok Sądu Najwyższego z dnia 11 maja 2007 r., sygn.akt I CSK 47/07)

O zdjęciach na blogu

O czym trzeba pamiętać prowadząc blog, a zwłaszcza  fotoblog? W zasadzie będzie to powtórka z tego, co dotychczas napisałem na F-LEX, ale zapewne się może przydać. Zwłaszcza, że ostatnio pojawiło się zapotrzebowanie na ocenę pewnego fotobloga (ukłony dla Roberta 😉 ). Oczywiście nie mam zamiaru napisać instrukcji blogowania albo poradnika „Jak zostać blogerem w jeden weekend”. Omówię, a raczej przypomnę te kwestie, które związane są ze zdjęciami, czyli kwestie praw oraz  wizerunku.

Wizerunek. Cóż, tyle już na ten temat pisałem, że nie wiem, czy mógłbym jeszcze coś sensownego dodać. Kwestia wizerunku jest bardzo istotna i bez względu na to, czy publikujemy własne zdjęcia czy cudze, to o ochronie wizerunku należy pamiętać. Nie będę w tym miejscu podawał  linków do wpisów o wizerunku, bo sporo tego by było. Na blogu wyszukiwarka dosyć dobrze funkcjonuje, więc bez problemu znajdziecie. Jeżeli nie chce Wam się szukać na blogu, to przynajmniej zajrzyjcie do art. 81 Ustawy. Warto również pamiętać, żeby przez „śmieszny według nas podpis” nie obrazić osoby ze zdjęcia. W przypadku, gdy będzie ona miała zupełnie inne poczucie humoru, może to skończyć się sprawą o naruszenie dóbr osobistych.

Prawo do publikacji zdjęcia. Jeżeli zdjęcie zrobiłeś osobiście, sprawa jest prosta. Możesz z nim robić co chcesz, jako podmiot posiadający autorskie prawa majątkowe. No chyba, że jednak  nie posiadałbyś tych praw. Sytuacja bardzo wyjątkowa, dosyć dokładnie opisana w „Imprezie integracyjnej”, a związana z przepisem art. 12 ust. 1 Ustawy.  A zapomniałbym, że może wystąpić jeszcze sytuacja Pana Push The Button.  W przypadku cudzych zdjęć sprawa się bardziej komplikuje. Trzeba pamiętać zarówno o osobistych, jak i majątkowych prawach autorskich.  W Internecie dość powszechnie panuje zupełnie błędne przekonanie, że podanie autora publikowanego zdjęcia pozwala na jego publikację. Nic bardziej mylnego. Oznaczenie autora pod zdjęciem, to kwestia poszanowania autorskich praw osobistych i nijak ma się to do prawa publikacji, które jest domeną autorskich praw majątkowych. Przez fakt wskazania autora zdjęcia nie dochodzi do legitymizacji publikacji. Wielokrotnie wspominałem o tym na blogu. Oczywiście pod zdjęciami należy oznaczyć twórcę.  W jaki sposób? W taki, jak on sobie tego życzy. Twórca bowiem decyduje, czy i w jaki sposób oznaczyć utwór (art. 16 pkt 2 Ustawy). Należy pamiętać, że autorskie prawo majątkowe gasną z upływem lat 70 od … Zajrzyj do art. 36 Ustawy, bo tam określone są różne momenty, od których liczy się te 70 lat.  Żeby więc opublikować zdjęcie, które podlega ochronie ustawowej, konieczne jest albo posiadanie autorskich praw majątkowych na danym polu eksploatacji (tu: publikacja  w Internecie, wprowadzanie do pamięci komputera itp.), lub przynajmniej stosownej licencji (nie ma tu znaczenia, czy będzie to licencja wyłączna czy nie, płatna czy bezpłatna).

A co ze „zdjęciami starymi”? Zupełnie niedawno pisałem o tym w „Szanujmy wspomnienia II”. Warto również zajrzeć do „Szanujmy wspomnienia”. Znajdziecie tam przydatne informacje w tym zakresie.  Siedemdziesiąt lat, to rzecz święta! Jest jednak pewne „ale”. Żeby stare zdjęcie podlegało ochronie pod rządami Ustawy, musiało również podlegać ochronie według poprzednich przepisów. Najważniejsze informacje w tym zakresie zawarte są w „Powtórce z historii”. Jak to sprawdzić? Najlepiej przeczytać tamten wpis. OK, mała podpowiedź. Obie ustawy, zarówno ta z 1926 r., jak i z 1952 r., wymagały, aby na zdjęciu było zastrzeżenie prawa autorskiego.

Mając stare zdjęcia (podlegające ochronie – odpowiednio oznaczone) możemy się zetknąć również z „dziełami osieroconymi” (zdjęcia także mogą być dziełami osieroconymi). Z dziełem osieroconym mamy do czynienia w sytuacji, gdy utwór nadal podlega ochronie, ale nie jest możliwe ustalenie właściciela praw. Obecnie prowadzone są konsultacje społeczne w sprawie projektu dyrektywy o dziełach osieroconych. Nawet jeżeli wejdzie ona w życie, to dotyczyć będzie niektórych możliwości wykorzystywania utworów osieroconych przez biblioteki publiczne, placówki oświatowe oraz muzea, a także przez archiwa, instytucje odpowiedzialne za dziedzictwo filmowe i muzyczne oraz nadawców publicznych w celu realizacji ich misji publicznej. Dyrektywa nie nada żadnych uprawnień innym podmiotom, niż wspomnianym powyżej, czyli nic dla blogera. Jeżeli jest chronione, to fakt „osierocenia” nie upoważnia nas do jego publikacji.

Subiektywnie o Nikonie D4

Od czasu do czasu pojawia się na blogu kilka subiektywnych słów na temat różnych Nikonów, które przez przypadek trafiają w moje ręce. Bez większego entuzjazmu pisałem o Nikonie V1, jak również z wypiekami na policzkach o nowym D800. Tym razem kolejny przypadek sprawił, że trafił w moje ręce flagowy okręt ze stajni Nikona, czyli sam D4. Fachowe recenzje dotyczące tej puszki możecie przeczytać w majowym wydaniu „Foto” lub czerwcowym „Digital Foto Video” z tego roku. U mnie jak zwykle bardziej subiektywnie i mniej naukowo.

Jak zawsze z mocniejszym biciem serca wkładałem akumulator do aparatu. Swoją drogą to jest nieludzkie, aby w pudełku był rozładowany na maksa akumulator. Dwie godziny katorżniczego wyczekiwania, aż zielona dioda ładowarki MH-26 przestanie mrugać.  Nadszedł ten wyczekiwany moment i aparat ożył. Jako, że jestem urodzony do obsługi lustrzanek Nikona ;-), nie miałem najmniejszych kłopotów z uruchomieniem aparatu i przeniknięciem do najbardziej ukrytych funkcji wymyślonych przez japońskich inżynierów. Fakt, że na body widnieje cyfra 4, wymusza, aby aparat porównać z jego poprzednikiem, czyli D3s.

W D4 pojawiło się kilka nowych guzików w porównaniu z poprzednikiem. Żadna jednak rewolucja, a raczej ewolucja. Na gripie obok spustu migawki pojawił się dodatkowy przycisk funkcyjny do zdefiniowania przez użytkownika. Mamy również dodatkowe pokrętło sterujące do stosowania w pozycji pionowej (w miejscu wybieraka trybu wyboru AF). Zupełna nowość. W D3s w pozycji pionowej zmianę pola AF trzeba robić poprzez kręcenie pokrętłami sterującymi. Było to pieruńsko niewygodne. Przynajmniej dla mnie.

Nikon D4

Na tylnej ściance pojawił się dodatkowy wybierak zastępujący przycisk AE-L/AF-L występujący w D3s. Poza blokowaniem ekspozycji czy ostrości (chyba, że coś innego tam podepniemy), może on również służyć do wyboru pola AF tak, jak przycisk wielofunkcyjny.

Nikon D3s

Pojawiła się również dźwignia przełączenia trybu LV z foto na filmowanie. Podobne rozwiązanie, jak w D800. Koniec z męczarnią związaną z przełączaniem w menu trybu podglądu na żywo. W D3s w menu fotografowania trzeba wybrać w trybie podglądu na żywo jedną z opcji: bez statywu lub statyw, a potem włączyć LV. Strasznie utrudnia to życie, zwłaszcza dla fotografów z kiepską pamięcią. W D4 wystarczy wybrać przełącznikiem, czy będziemy fotografować w trybie LV, czy filmować. Do żadnego menu nie trzeba zaglądać.  Na to LV narzekałem już niejednokrotnie, także przy okazji wrażeń ze spotkania z Nikonem D800.  Poza tym tylna ścianka większych zmian godnych zauważenia nie zawiera. No dobra, z kronikarskiego obowiązku wspomnę jednak, że po lewej stronie przybył jeden guzik. Teraz oddzielnie mamy guzik powiększający obraz i zmniejszający obraz. W D3s był jeden guzik, który zmniejszał i powiększał obraz (trzeba było przytrzymać guzik i równocześnie kręcić głównym pokrętłem sterującym).

Na górze są zmiany. Po prawej stronie pojawia się przycisk rozpoczynający filmowanie. W D3s zazwyczaj aktywowało się filmowanie (o jakże kiepskich parametrach) poprzez naciśnięcie guzika PV (przycisk podglądu) z przodu aparatu. W porównaniu z D3s z pryzmatu znika wybierak pomiaru światła. Obecnie jest na lewym kółku w miejscu przycisku blokady czasu otwarcia migawki i przysłony. W D4 wyboru pomiaru światła dokonuje się za pomocą przycisku na lewym kółku i głównego wybieraka sterującego. Wybierak trybu wyboru AF trafił na przód korpusu i działa w identyczny sposób jak w D800. Sprawa wcale nie taka skomplikowana, jak niektórzy starają się to przedstawić.

Są również nowości, które znajdziemy w menu. Mamy teraz do wyboru aż cztery priorytety w trybie AF-C (menu a1). W porównaniu z D3s pojawił się dodatkowo priorytet  ostrość + spust migawki. Pozycja d6 – wyświetlanie siatki linii w wizjerze. Mała rzecz a cieszy.  Z nie wiadomo jakich powodów, akurat nie było jej w D3s. Była w D700, jest w D800, a do D3s trzeba kupić matówkę E clear-matte VI (jeżeli ktoś byłby zainteresowany nabyciem takowej za rozsądną cenę, to proszę o e-mail). W ustawieniu czułości ISO pojawiła się nowość w Auto ISO. Tak jak w D3s można zdefiniować najdłuższy czas migawki, po przekroczeniu którego aparat podbije wartość ISO, aby nie przekroczyć tego czasu.

Ale dodatkowo można wybrać najdłuższy czas migawki w trybie auto, który powoduje, że dla obiektywów z procesorem aparat sam dobiera najdłuższy czas w oparciu o ogniskową obiektywu, zgodnie z zasadą: czas otwarcia migawki jest ilorazem jedności i ogniskowej (dodatkowo z możliwością delikatnej modyfikacji in plus, jak i minus poprzez wydłużenie lub skrócenie czasu określonego według powyższego wzoru). Tego nie było w D3s, nie ma też w D800.

Inną pożyteczną rzeczą jest osobne zdefiniowanie niektórych guzików dla aparatu pracującego w trybie film (tak jak w D800). W D3s tego nie ma, ale trudno jest przecież mówić na poważnie o filmowaniu D3s.  Mając D4 można złożyć od razu w aparacie film poklatkowy. W taki sam sposób, jak w D800. D3s nie daje nam takiej możliwości. Nowy wirtualny horyzont pokazuje zarówno przechylenia na boki, jak i do przodu i do tyłu. D3s pokazuje przechył tylko na boki.

I na koniec, coś co zawsze różniło Nikona od Canona. Do czasów D4 kompensacja ekspozycji miała zawsze wpływ na kompensację mocy błysku lampy błyskowej. Kto nie pamięta lub nie jest pewien o czym piszę, niech zajrzy do „Lampy błyskowej w fotografii ślubnej” autorstwa Neila van Nekierka. Minusowa kompensata światła zastanego w Nikonie „wymuszała” dokonanie dodatniej kompensacji mocy błysku lampy. Canonierzy mają lepiej, bo kompensacja ekspozycji nie wpływa na moc błysku lampy.  Pod tym względem D4 jest rewolucyjny. W menu „Kompensacja ekspozycji dla lamp błyskowych” (e4) mamy do wyboru dwie opcje: cały kadr lub tylko tło. Wybierając opcję „cały kadr” aparat zachowuje się po nikonowsku, czyli kompensacja ekspozycji wpływa na moc błysku. Natomiast wybór opcji „tylko tło” powoduje, ze Nikon staje się Canonem i dokonując korekty ekspozycji wpływasz tylko na światło zastane, a moc błysku Twojej Sabinki pozostaje niezmieniona. 🙂

Wystarczy tego, bo o D4 można pisać  i pisać. Pomijam więc wszystkie kwestie techniczne, nowe matryce, szybkie karty których nie można kupić, ilość klatek na sekundę, tryb cichy i bezgłośne itp., itd. Pewnie trzeba będzie kiedyś przetestować, jak D4 zachowuje się w boju, do którego jest stworzony. Może kiedyś.  😉

Mowa nienawiści

Gazeta.pl opublikowała artykuł „Internetowy lincz przez zdjęcie na FB. Opolanki oburzone”. W zasadzie nieźle nawiązuje do mojego poprzedniego wpisu o „Łańcuszku Świętego Fejsbuka”. Przy okazji dziękuje za tyle lajków! 😉 Nie będę streszczał artykułu. Zakładam, że zanim zaczniecie dalej czytać wpis na blogu, zapoznacie się z tekstem o Opolankach. A oto kilka moich refleksji w sprawie.

Po pierwsze. Każdy, kto prowadzi portal, blog, forum musi mieć się na baczności, bo jego działania są uregulowane w prawie, a zwłaszcza zasady jego odpowiedzialności. Należy pamiętać o tym, że w pewnych przypadkach ponosimy również odpowiedzialność za treści umieszczane także przez naszych użytkowników. Czasami nawet wtedy, gdy strona nie jest moderowana. Zasady te regulują przepisy ustawy z dnia 18 lipca 2002 r. o usługach świadczonych drogą elektroniczną.  Pisałem o tym dosyć sporo w „Blaskach i cieniach bloga” oraz w „Blaski i cienie – kontynuacja”. Nieusuwanie obraźliwych wpisów na wniosek zainteresowanych może spowodować, że osoba odpowiedzialna za blog, forum, portal może odpowiadać wespół z obrażającym. Obraźliwe wpisy z przywołanego tekstu zapewne naruszają dobra osobiste osób znajdujących się na zdjęciu. W takim wypadku nie ma znaczenia, czy zdjęcie opublikowano legalnie (tzn. czy posiada się  majątkowe prawa autorskie do publikowanego zdjęcia lub stosowną licencję) czy też z naruszeniem prawa. Odpowiedzialność za naruszenie dóbr osobistych poprzez niewybredne wpisy nie ma bowiem związku z autorskimi prawami majątkowymi. Kto ma forum, blog lub aktywny portal niech zerknie sobie do art. 14 przywołanej powyżej ustawy.  I się do nich stosuje, bo inaczej może odpowiadać za nie swoje grzechy.

Druga sprawa to kwestia wizerunku. Jeżeli brak jest stosownej zgody osób sfotografowanych, to można narazić się na zarzut naruszenia wizerunku. Jak wiecie na to też „są paragrafy”. O czym było wiele razy na blogu (art. 81 ust. 1 Ustawy).

Zarzut trzeci też jest związany z wizerunkiem. Istnieje ryzyko,  że nawet mając zgodę modelki można naruszyć jej dobra osobiste (np. poprzez niestosowny wpis lub użycie w sposób obrażający modela). Pisałem o tym m.in. w „Rzućcie grosik” i „Sprzedajemy cudzy wizerunek”. W tym miejscu przypomnę uzasadnienie wyroku Sądu Apelacyjnego w Warszawie (sygn. akt I ACa 1359/01):

W przypadku powoływania się przez osobę poszkodowaną na naruszenie jej prawa do czci i do prywatności, zapłata za pozowanie nie jest wystarczająca dla wyłączenia bezprawności działania naruszającego dobra osobiste, który musi wykazać dysponowanie odpowiednim zezwoleniem poszkodowanego.

Ważne orzeczenie i warto je sobie dobrze zapamiętać. Zapłata modelce lub posiadanie model release w garści nie upoważnia do wszystkiego. Zawsze są pewne granice, po przekroczeniu których stan Twojego konta może się znacznie uszczuplić. 😉 Jeżeli zdjęcia nie zostaną usunięte z opisanego w artykule portalu w odpowiednim czasie, to administratorzy narażają się na współodpowiedzialność. Swoja drogą byłoby to może dla Opolanek prostsze, gdyż miałyby realnego odpowiedzialnego.  Nie musiałyby poszukiwać rzeczywistych „naruszycieli” poprzez IP. Zwłaszcza jeżeli mieli oni dynamiczne IP, to szukaj tatka, latka ;-).

Warto przy okazji przypomnieć, że za pomocą głupiego wpisu na forum czy też pod zdjęciem można też popełnić przestępstwo w formie określonej w art. 216 § 2 k.k.

Art. 216. § 1. Kto znieważa inną osobę w jej obecności albo choćby pod jej nieobecność, lecz publicznie lub w zamiarze, aby zniewaga do osoby tej dotarła, podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności.
§ 2. Kto znieważa inną osobę za pomocą środków masowego komunikowania, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.

Jest to przestępstwo, które ścigane jest z oskarżenia prywatnego (art. 216 § 5 k.k.), tzn. że sam musisz bawić się w oskarżyciela lub wynająć adwokata, który zrobi to za ciebie. 😉 Rzadko zdarza się, aby prokurator uznał, że interes społeczny wymaga, aby w sprawach z art. 216 § 1 i 2 k.k. wszcząć postępowanie z urzędu (art. 60 § 1 kodeksu postępowania karnego). Dobra wiadomość dla administratorów czy blogerów jest taka, że „za informacje, które zawierają słowa o treści znieważającej inną osobę, odpowiedzialność karną ponosi ich autor” (postanowienie Sądu Najwyższego, sygn. akt V KKN 118/99).