Łańcuszek Świętego Fejsbuka

Swego czasu na F-lex popełniłem wpis dotyczący oznaczania zdjęć w celu uzyskania ochrony prawnej. Wpis ten odnosił się jednak do stanu prawnego wynikającego z ustawy z dnia 10 lipca 1952 r. o prawie autorskim. Obecna Ustawa (z 1994 r.) nie nakłada na twórcę żadnego warunku formalnego, od którego uzależniona byłaby ochrona prawna. I to niezależnie od tego, z jakim utworem mamy do czynienia. Ochronie podlega każdy utwór od chwili ustalenia, chociażby miał postać nieukończoną. Na wszelki wypadek pozwolę sobie jednak przypomnieć treść art. 1. ust. 4 Ustawy.

Art. 1. ust. 4. Ochrona przysługuje twórcy niezależnie od spełnienia jakichkolwiek formalności.

Dlatego nie dajcie się zwieść nowemu szaleństwu i nie wklejajcie durnych oświadczeń na Facebooku, które zamiast Was chronić, mogą jedynie ośmieszyć! Pragnę Wam przypomnieć, że czym innym jest kwestia podlegania ochronie prawnej Waszych dzieł/prac/wierszy/zdjęć (niepotrzebne skreślić), a czym innym kwestia do czego uprawniliście Facebook oraz jego użytkowników (czyli w jakim zakresie udzieliliście licencji), poprzez fakt zatwierdzenia regulaminu. Wszelkie osobiste i majątkowe prawa autorskie (jeżeli je posiadaliście) są Wasze i to nawet wtedy, gdy nie ogłosicie tego Urbi et Orbi. 😉 Facebook i jego użytkownicy mogą tyle, ile wynika z treści udzielonej przez Ciebie licencji w ramach akceptacji regulaminu. Zapewniam Cię jednak, że w treści regulaminu nie ma nic na temat udzielenia użytkownikom licencji do komercyjnego wykorzystania Twoich utworów. Możesz spać spokojnie.

Autorom durnowatego oświadczenia (które niestety rozprzestrzenia się z prędkością światła) polecam dokładną lekturę przywołanego powyżej regulaminu, jak również (a może przede wszystkim) lekturę ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Swoją drogą to chętnie usłyszałbym od nich odpowiedź na pytanie, od kiedy to dane personalne podlegają przepisom prawa autorskiego? Dane osobowe nie są przedmiotem zainteresowania Ustawy. W tym zakresie w Polsce obowiązującym aktem prawnym jest ustawa z dnia 29 sierpnia 1997 r. o ochronie danych osobowych. Chyba, że o czymś nie wiem 😉 .

Prawda jest taka, że udostępniane są takie dane, na jakich udostępnienie się zgadzamy. Nikt nie każe przecież nam „lajkować” każdej promocji dziurawych skarpet, czy kosmetyków z wyciągu śliny samca orangutana. Nie ma też przymusu korzystania z różnych gier i programów. Wszystkie te pseudo zachęty są nakierowane na to, aby wyciągnąć jak największej ilości informacji o Tobie. A prawda jest prozaiczna i brutalna, Ty sam udostępniasz światu informacje o sobie z własnej i nieprzymuszonej woli (z przykrością muszę przyznać, że odnosi się to również do autora tego wpisu).

To nie ja byłam Ewą

Edyta Górniak po raz kolejny ma zamiar sądzić się z wydawcą „Faktu”. Znowu poszło o zdjęcia. Tym razem chodzi o publikację zdjęć roznegliżowanej piosenkarki zrobionych podczas jej pobytu  na wakacjach. W zasadzie nie ma chyba już o czym pisać, bo temat był tyle razy wałkowany na blogu, że tylko przypomnę pewne kwestie. Odnośnie publikowania roznegliżowanych zdjęć wystarczy przeczytać choćby tekst „Paparazzo”.

Art. 191a. k.k.§ 1. Kto utrwala wizerunek nagiej osoby lub osoby w trakcie czynności seksualnej, używając w tym celu wobec niej przemocy, groźby bezprawnej lub podstępu, albo wizerunek nagiej osoby lub osoby w trakcie czynności seksualnej bez jej zgody rozpowszechnia, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.
§ 2. Ściganie następuje na wniosek pokrzywdzonego.

Bycie celebrytą zapewne dużo kosztuje, więc tą ścieżką zapewne nie podąży Edzia. Natomiast można z bardzo dużym prawdopodobieństwem (wręcz graniczącym z pewnością) przyjąć, że wygra proces cywilny (jeżeli w ogóle do niego dojdzie). Dla przypomnienia ustawowe brzmienie zgody na publikację wizerunku osoby powszechnie znanej.

Art. 81. 2 pkt 1. Zezwolenia nie wymaga rozpowszechnianie wizerunku osoby powszechnie znanej, jeżeli wizerunek wykonano w związku z pełnieniem przez nią funkcji publicznych, w szczególności politycznych, społecznych, zawodowych.

O zasadach publikowania zdjęć celebrytów możecie przeczytać na F-LEX m.in. w „Cezary Cezary”. Tam dokładnie omówiłem zarówno treść art. 14 ust. 6 prawa prasowego, jak i art. 81 ust. 2 pkt 1 Ustawy. W tym miejscu przypomnę jedynie orzeczenie Sądu Najwyższego (sygn. akt I CSK 111/11), które zawiera jasną wykładnię przepisów dotyczących publikacji zdjęć osób publicznych.

W myśl z art. 81 ust. 2 ustawy z 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych i art. 14 ust. 6 ustawy z 1984 r. – Prawo prasowe, zawsze konieczne jest wykazanie związku pomiędzy wykonywaną działalnością publiczną a opublikowanym wizerunkiem, czy też informacją o prywatnym charakterze. Musi więc istnieć zależność między zachowaniem danej osoby w sferze publicznej. Poza tym ujawnienie danej informacji powinno służyć ochronie konkretnego, społecznie uzasadnionego interesu.

Obserwując zachowanie niektórych wydawców mam nieodparte wrażenie, że przed publikacją zdjęć przeprowadzają swoisty rachunek zysków i strat. Prosta kalkulacja, czy zyski ze sprzedaży wydania oraz reklamy będą na tyle wysokie, że można zaryzykować konieczność zapłaty odszkodowania za naruszenie wizerunku, pozwala im na podjęcie takiej, a nie innej decyzji.

Zakres dozwolonego użytku po nowemu

Update: 09.06.2013. W dniu 9 maja 2013 r. projekt został cofnięty.

Dozwolony użytek w prawie autorskim wzbudzał i nadal wzbudza szereg emocji. Zarówno po stronie twórców, jak i osób korzystających z dobrodziejstwa ustawowej zgody. Na temat dozwolonego użytku było kilka wpisów na blogu, w tym m.in. w „mp3”. Wracam do tej kwestii, gdyż w Sejmie zaczęły się prace nad poselskim projektem z dnia 14 lutego 2012 r. w sprawie zmiany zakresu „dozwolonego użytku”. Obecnie zakres dozwolonego użytku określony jest  w art. 23 ust. 2 Ustawy:

Zakres własnego użytku osobistego obejmuje korzystanie z pojedynczych egzemplarzy utworów przez krąg osób pozostających w związku osobistym, w szczególności pokrewieństwa, powinowactwa lub stosunku towarzyskiego.

Projekt poselski zakłada zmianę treści tego przepisu i nadanie mu następującego brzemienia:

Zakres własnego użytku osobistego obejmuje korzystanie z pojedynczych egzemplarzy utworów przez krąg osób pozostających w związku osobistym, w szczególności pokrewieństwa, powinowactwa lub stosunku towarzyskiego, zarówno bezpośredniego, jak i pośredniego, istniejącego pomiędzy osobami w ramach ich kontaktów przy użyciu środków komunikacji elektronicznej w rozumieniu ustawy z dnia 18 lipca 2002 r. o świadczeniu usług drogą elektroniczną (Dz.U. Nr 144, poz. 1204 z późn. zm.), w tym za pośrednictwem Internetu.”

Na czym polega zmiana? Obecnie zakres własnego użytku osobistego obejmuje korzystanie z pojedynczych egzemplarzy utworów przez krąg osób pozostających w związku osobistym, w szczególności pokrewieństwa, powinowactwa lub stosunku towarzyskiego. W uzasadnieniu poselskiego projektu można przeczytać, że konieczne jest zrewidowanie pojęcia „stosunku towarzyskiego” i rozróżnienie „stosunku towarzyskiego bezpośredniego rozumianego w tradycyjny sposób – kontaktów towarzyskich istniejących pomiędzy danymi osobami, jak również poprzez wprowadzenie kategorii „stosunku towarzyskiego pośredniego”. Ma ona szczególne znaczenie dla użytkowników Internetu, gdyż znowelizowanym ust. 2 art. 23 w sposób literalny ustanowiona zostanie możliwość jego zaistnienia w ramach kontaktów interpersonalnych przy użyciu środków komunikacji elektronicznej, w tym Internetu.

Co to oznacza w rzeczywistości? Moim zdaniem legalizację m.in. tego wszystkiego, co dzieje się na Pinterest, jak również znaczne zwiększenie zakresu użytku osobistego kosztem praw autora utworu. Z czego wyciągam takie wnioski? Ano z kolejnego fragmentu uzasadnienia poselskiego projektu. „W doktrynie prawa autorskiego wskazuje się także, że dla przyjęcia istnienia stosunków towarzyskich pomiędzy osobami niezbędne jest podtrzymywanie więzów przez pewien czas. W tej kategorii z pewnością nie będzie się mieścić przypadkowy, jednorazowy kontakt. Wątpliwości pojawiają się jednak w odniesieniu do kwestii przywołanych już portali społecznościowych, w ramach których stosunek towarzyski z powodzeniem może zaistnieć w Internecie. Dodatkowo udostępniane na nich pliki umożliwiają skorzystanie z nich wyłącznie użytkownikom, którzy znaleźli się w kręgu osób akceptowanych przez użytkownika i niejednokrotnie klasyfikowanych za pomocą funkcjonalności portali społecznościowych na „rodzinę”, „przyjaciół”, „znajomych” itp. Tworzy to zatem podstawy do zakwalifikowania tych osób do kręgu personalnego, w którym istnieje „stosunek towarzyski”.”

Na razie projekt trafił do Komisji Innowacyjności i Nowoczesnych Technologii oraz Komisji Kultury i Środków Przekazu. Gdy pojawi się coś istotnego w sprawie, to zapewne poinformuję Was na blogu.

Celebryta też ma swoje prawa

Wraca po raz kolejny temat wizerunku, a w zasadzie kwestia „model release”. Tym razem świeżo wykreowana na EURO2012 polska celebrytka „buntuje się” przeciwko wykorzystaniu jej wizerunku do reklamy pewnej marki kosmetyków. Z oświadczenia pani celebrytki wynika, że nie brała ona udziału w sesji zdjęciowej reklamowanych kosmetyków i nie jest związana żadnym kontraktem z producentem tychże.

Jednocześnie informuję, że nigdy nie wyraziłam zgody na wykorzystanie mojego imienia , nazwiska i wizerunku dla potrzeb kampanii reklamowej przedmiotowej firmy oraz nie ponoszę odpowiedzialności prawnej za jej działania, ani nie utożsamiam się z oferowanymi produktami przez tą firmę.

Nie ma powodów nie wierzyć, że takiej zgody nie było. W sprawie tej mamy do czynienia z dwoma aspektami prawnymi: potencjalnym naruszeniem dobra osobisteg,o jakim jest wizerunek celebrytki oraz naruszeniem innych dóbr osobistych w postaci przywołania nieprawdziwego jej oświadczenia reklamującego produkt. Wydaje się, że w tym drugim przypadku sprawa jest prosta i mamy do czynienia z ewidentnym nadużyciem. Zapodane na reklamie linki odnoszą się wprawdzie do jej  wypowiedzi na temat kosmetyków, ale wcale nie jest jednoznaczne, czy rzeczywiście jest to wypowiedź odnośnie kosmetyków z inkryminowanej reklamy. Jeżeli wykaże, że jest to manipulacja, to reklamodawca ma już jeden problem. Sąd Najwyższy w wyroku z dnia 19.11.2003 r. uznał, że „Nazwisko (i imię) jest skierowanym na zewnątrz znakiem rozpoznawczym osoby fizycznej i ujawnienie go w celu jej identyfikacji nie może być zasadniczo uznane za bezprawne, o ile nie łączy się z naruszeniem innego dobra osobistego, np. czci, prywatności lub godności osobistej.” W sprawie celebrytki mamy zapewne do czynienia z naruszeniem dobra osobistego, ze względu na wykorzystanie jej nazwiska dla celów reklamowych bez jej zgody.

Kwestia numer dwa to sprawa wizerunku. Tutaj wszystko zależy od zgody („model release”), jakiej udzieliła modelka fotografowi. Zdjęcie zapewne było kupione na stocku, więc kwestia zgody na publikację musi być udokumentowana. Na stronie można również zapoznać się z warunkami licencji, które dokładnie opisują, czego nie wolno nabywcy robić ze zdjęciem. Cała tajemnica tkwi więc w treści podpisanej fotografowi zgody na publikację. Oczywiście modelka zgodę taką może odwołać w każdym czasie, ale może nieść to za sobą konkretne konsekwencje, o czym można przeczytać w Modele release.

Podsumowując. Wydaje się, że nastąpiło naruszenie dobra osobistego celebrytki poprzez użycie jej nazwiska w reklamie, natomiast co do wizerunku sprawa jest otwarta. Wierzę jednak, że  Yuri Arcurs zadbał o stosowny dokument, a tym samym nadal każdy może posiąść celebrytkę  za maksimum dziewięć dolców. Hola, hola o zdjęciu mowa!  🙂 Samo wykorzystanie zdjęcia w reklamie pewnie by się obroniło, jeżeli jest użyte zgodnie z licencją.

PS. Swoją drogą polecam wszystkim (chyba już drugi raz) ostatni film Woody Allena „Zakochani w Rzymie”, gdzie w genialny sposób ukazuje mechanizm kreowania celebryty.

Światło

Skoro jest sobota, to można odpocząć od paragrafów i wszelkiej maści problemów prawnych. Skoro tak, to dzisiejszy wpis będzie też „bezprawny”. To już kolejne bezprawie na blogu. Jeszcze chwila i wejdzie mi to w krew. Skoro blog dotyczy „prawa i fotografii”, to dzisiaj będzie sama fotografia. W końcu sobota to dobry czas, aby zająć się własnym hobby. Niestety aura i pora roku nie do końca sprzyja fotografom, dookoła wszędzie widoczny jest brak porządnego światła.
Oczywiście można próbować fotografować w warunkach, jakie mamy w obecnej chwili, ratując się czy to statywem, czy wysokim ISO. Nie zmieni to jednak faktu, że światła na zdjęciach i tak może być mało, a efekt będzie mizerny. Większość z nas ma jednak w plecaku jakieś dodatkowe źródło światła w postaci lampy błyskowej. Oczywiście, jak większość zachwycam się mistrzowskim sposobem kreowania światła przez Joe McNallego, a jako wierny fan Nikona jestem również wyznawcą CLS-a. Lampową wiedzę czerpałem od Niekerka, najpierw z bloga, a potem z „Lampy błyskowej w fotografii ślubnej”. Nota bene jakże mylący tytuł sugerujący, że to książka dla „ślubniaków”. Nic bardziej mylnego. To książka dla każdego, kto chce zaprzyjaźnić się na dobre ze swoją lampą i korzystać z niej w sposób świadomy. Jest jedno ale. Autor chyba nie przepada za korzystaniem z lampy w trybie manualnym. O tym trybie w zasadzie tylko wspomina, natomiast zastosowanie pozostałych trybów opisuje w sposób szczegółowy. Niekerk poszedł za ciosem i napisał kolejną książkę „Fotografia z lampą błyskową w praktyce”. Jeżeli jednak ktoś czytał pierwszą książkę, to zawiedzie się lekturą drugiej, gdyż powtarza ona w większości wiedzę przedstawioną w pierwszej książce. Prawda jest jednak taka, że po lekturze Niekerka tryb TTL w lampie błyskowej nie powinien sprawiać większej trudności. Osobiście od pewnego czasu brakowało mi i wiedzy, i doświadczenia w korzystaniu z lampy w trybie manualnym. Z pomocą przyszedł ostatnio Bryan Peterson pisząc książkę „Lampa błyskowa bez tajemnic”, w której omawia w zasadzie tylko tryb manualny. Dzięki tej pozycji można w zasadzie opanować i ujarzmić „ten okropny tryb M”. Okazuje się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Jeżeli poradzisz sobie z ekspozycją w trybie manualnym w aparacie i rozumiesz zależności poszczególnych elementów mających wpływ na ekspozycję, tak samo dasz sobie radę z lampą w trybie M. Wprawdzie Peterson w kilku miejscach przemilcza pewne fakty, ale daje solidne podwaliny do używania lampy w trybie manualnym.

Poniżej przedstawię kilka zdjęć pokazujących, jak różny będzie efekt przy fotografowaniu tej samej sceny, przy tych samych parametrach, tylko w świetle zastanym, jak i z lampą błyskową w różnych trybach pracy. Czas i pogoda zapewne sprzyjają takim domowym eksperymentom. 😉 Aparat ustawiłem na tryb manualny. Parametry ekspozycji: ½ s, f/8,0, 100 ISO.

Pierwsze zdjęcie: bez lampy (tylko światło zastane).

½ s, f/8,0, 100 ISO, światło zastane

Drugie zdjęcie. Lampa (SB-900) na aparacie, ustawiona w trybie i-TTL z automatycznym zrównoważeniem błysku wypełnienia.
Trzecie zdjęcie. Lampa (SB-900) na aparacie, ustawiona w trybie i-TTL (bez automatycznego zrównoważenia błysku wypełnienia).

½ s, f/8,0, 100 ISO, i-TTL

Czwarte zdjęcie. Lampa (SB-900) na aparacie, ustawiona w trybie manualnym (nic nie ustawiałem) z mocą 1/1.

½ s, f/8,0, 100 ISO, M 1/1

Piąte zdjęcie. Lampa (SB-900) na aparacie, ustawiona w trybie manualnym z mocą 1/128 (moc została dobrana do odległości lampy od przedmiotu).

½ s, f/8,0, 100 ISO, M 1/128

Jak widać tryb z automatycznym zrównoważeniem błysku uwzględnił światło zastane i scena wygląda naturalnie. Za to używając trybu M na lampie mogłem dobrać tak parametry mocy błysku, że główny przedmiot został należycie oświetlony, a jednocześnie nie doświetliłem tego wszystkiego co jest w tle. Ten sam efekt można uzyskać w i-TTL z automatycznym zrównoważeniem błysku zmieniając parametry ekspozycji poprzez skrócenie czasu naświetlania (co spowoduje, że matryca zarejestruje mniej światła zastanego), ale po co eksperymentować, gdy można to uczynić za pierwszym strzałem.

Jeżeli brak Wam paragrafów, orzeczeń sądowych i zawiłości prawnych, to solennie obiecuję, że następny wpis będzie już o prawie w fotografii. 🙂

Szanujmy wspomnienia II

Dostałem kolejnych kilka e-maili z pytaniami dotyczącymi fotografii i prawa autorskiego.  Zapewniam, że postaram się na wszystkie z nich odpowiedzieć, w odpowiednim czasie, tutaj na  blogu. Jeżeli ktoś jest zainteresowany indywidualnymi poradami, to zapraszam do Wsparcia (nie udzielam indywidualnych porad na e-mail). 🙂 Dzisiaj odpowiem na pytania Marka dotyczące starych fotografii. W swoim e-mailu nawiązuje on do wpisu „Powtórka z historii”.

Jestem fotografem amatorem (to nie znaczy że słabym) i kolekcjonerem starych zdjęć Mam duża kolekcję zdjęć – 70% z nich ma pond 100 lat pozostałe 25% ponad 70 lat – od dnia wykonania przez autora. Są to w większości zdjęcia “polskie” – ale ponieważ wtedy polski nie było są “narodowości” rosyjskiej, austro-węgierskiej i państw niemieckich. Zdjęcia w większości są podpisane przez zakład fotograficzny. Wiele z nich zawiera informację o “zakazie naśladownictwa”. Pytanie: czy Twoim zdaniem mogę zrobić, ze zeskanowanych przez siebie zdjęć z mojej osobistej kolekcji elektroniczny katalog, broszurę, monografię, w wersji elektronicznej i upublicznić w Internecie nie mając zgody autora (autor i spadkobiercy raczej nie żyją)? Z Twojego bloga moim zdaniem wynika, że prawa autorskie majątkowe dla zdjęć wygasły – więc teoretycznie mogę z wykonanymi przez siebie skanami mogę co chcę. Nie chce odbierać tym osobom “etycznego” prawa autorskiego więc w przypadku gdy autor lub osoba na fotografii jest znana podawał bym autora zdjęcia zgodnie z opisem na fotografii.

Zacznijmy od tego, że amator nie jest synonimem osoby, która nie umie robić zdjęć, albo że jest słabym fotografem. Dla mnie „amator” jest przeciwieństwem „profesjonalisty”, czyli osoby która zawodowo para się fotografią i z tego żyje (taka mała dygresja i bardzo niesformalizowana definicja obu pojęć). Wracamy jednak do tematu. Rzeczywiście autorskie prawa majątkowe wygasają po 70 latach. Wystarczy zajrzeć do „Szanujmy wspomnienia”, jak również do art. 36 Ustawy.

Art. 36. Z zastrzeżeniem wyjątków przewidzianych w ustawie, autorskie prawa majątkowe gasną z upływem lat siedemdziesięciu:
1. od śmierci twórcy, a do utworów współautorskich – od śmierci współtwórcy, który przeżył pozostałych;
2.w odniesieniu do utworu, którego twórca nie jest znany – od daty pierwszego rozpowszechnienia, chyba, że pseudonim nie pozostawia wątpliwości co do tożsamości autora lub jeżeli autor ujawnił swoją tożsamość;
3. w odniesieniu do utworu, do którego autorskie prawa majątkowe przysługują z mocy ustawy innej osobie niż twórca – od daty rozpowszechnienia utworu, a gdy utwór nie został rozpowszechniony – od daty jego ustalenia;
4.w odniesieniu do utworu audiowizualnego – od śmierci najpóźniej zmarłej z wymienionych osób: głównego reżysera, autora scenariusza, autora dialogów, kompozytora muzyki skomponowanej do utworu audiowizualnego.

Przypomnę, że z prawnego punktu widzenia Marek posiada zdjęcia (odbitki), czyli poszczególne egzemplarze danego utworu. Jak zapewne pamiętacie posiadanie odbitki nie jest związane z nabyciem żadnych majątkowych praw autorskich. Zatem Marek jest w posiadaniu poszczególnych egzemplarzy utworów (art. 52 ust.1 Ustawy). Egzemplarzom utworu i prawom posiadacza takich egzemplarzy był poświęcony wpis „Odbitki wujka Leona”.  Tam też napisałem, czego nie wolno robić właścicielowi egzemplarza utworu. Wszystko, co tam napisałem, jest nadal aktualne, ale… jednak nie ma zastosowania w przypadku Marka. Ograniczenia właściciela egzemplarza, o których tam pisałem ,dotyczą sytuacji, gdy nie wygasły autorskie prawa majątkowe do samego utworu. Skoro prawa wygasły, to ograniczeń nie ma i  Marek może używać zdjęć w dowolnym celu i w dowolny sposób. Na koniec chciałbym jednak zwrócić uwagę na pewien błąd w liście Marka. Autorskie prawa majątkowe do zdjęć nie wygasają 70 lat od dnia wykonania zdjęcia, a 70 lat od śmierci autora. Zatem w przypadku niektórych „młodszych” zdjęć może się pojawić wątpliwość, czy prawa rzeczywiście wygasły, skoro nie wiemy, czy autor nie żyje (chyba, że twórca jest nieznany, to wtedy  będziemy mogli skorzystać z zasad określonych w art. 36 pkt 2 Ustawy).

Licencja III czyli szkolny WEBMaster

Fuji X10

Ustaliliśmy już kiedyś, że licencja w zasadzie może być udzielona w każdej formie. Kto nie pamięta, to może wrócić do tekstu „Licencja” i ”Licencja II”. Formy pisemnej wymaga jedynie udzielenie licencji wyłącznej do utworów (zdjęć).

 

Art. 67.5. Umowa licencyjna wyłączna wymaga zachowania formy pisemnej pod rygorem nieważności.

W każdym innym przypadku wystarczy nawet dorozumiane „dogadanie się” pomiędzy licencjodawcą (fotografem/ posiadaczem majątkowych praw autorskich) a odbiorcą zdjęć (licencjobiorcą). Oczywiście brak formy pisemnej jest pewnym utrudnieniem w przypadku sporu między obu osobami, ale przecież fakt uzyskania licencji można udowodnić za pomocą innych środków dowodowych, a nie tylko za pomocą dokumentu zawierającego treść umowy. Trudne, ale nie niewykonalne. Np. korespondencja, w której strony ustalają w jakim zakresie licencjobiorca będzie korzystał ze zdjęć, rozmowa przy świadkach na temat zdjęć i ich wykorzystania czy też treść e-maila, w którym autor przekazując pliki pisze np. przesyłam Ci pliki, o które prosiłeś w celu zamieszczenia na Twojej stronie. Jak nic mamy w takich sytuacjach do czynienia z umową licencji, może niedoskonałą i powodującą pewne trudności w przypadku sporu, ale jednak z umową. Ustawa bowiem przewiduje domniemanie udzielenia licencji (nie ma natomiast ustawowego domniemania przeniesienia majątkowych praw autorskich).

Art. 65. W braku wyraźnego postanowienia o przeniesieniu prawa, uważa się, że twórca udzielił licencji.

Tyle tytułem przydługiego wstępu. Teraz stan faktyczny (z forum DFV), który stał się przyczynkiem do poczynienia niniejszego wpisu.

Szwagier jest nauczycielem i przy okazji webmasterem szkolnego “okienka na świat”. Jako, że chciał się wykazać przed panią dyrektor, poprosił, żebym zrobił mu kilka fotek budynku i otoczenia szkoły, które sobie migają na ich stronie głównej. Ostatnio sobie zażartowałem, że mu każę usunąć swoje zdjęcia ze strony, bo obok wstawił swojego “pstryka” i psuje mi reputację (taki żarcik sytuacyjny) 🙂 On twierdzi, że się zna (bo dużo na ten temat czyta) i że nie mam takiego prawa (nie powołał się na nic konkretnego, bo to była luźna rozmowa). Znalazłem to:

Art. 16. Jeżeli ustawa nie stanowi inaczej, autorskie prawa osobiste chronią nieograniczoną w czasie i niepodlegającą zrzeczeniu się lub zbyciu więź twórcy z utworem, a w szczególności prawo do:
1) autorstwa utworu;
2) oznaczenia utworu swoim nazwiskiem lub pseudonimem albo do udostępniania go anonimowo;
3) nienaruszalności treści i formy utworu oraz jego rzetelnego wykorzystania;
4) decydowania o pierwszym udostępnieniu utworu publiczności;
5) nadzoru nad sposobem korzystania z utworu.

Nie chodzi mi o udowadnianie mojego autorstwa, czy kradzieży moich zdjęć. Chcę wiedzieć, czy mogę poprosić o usunięcie swoich zdjęć ze strony, nawet jak własnoręcznie, dobrowolnie je przekazałem. Jak już pisałem. Nic nie chce usuwać, a nawet pewnie zrobię ich więcej i przekaże. Chodzi o męskie ego i udowodnienie racji. To kto ma rację?

Zacznijmy od tego, że przywołany przepis Ustawy dotyczy osobistych praw autorskich, które w opisanym stanie faktycznym na 99% nie zostały w żaden sposób naruszony przez szwagra fotografa. Oczywiście można się zastanowić nad prawem nadzoru nad sposobem korzystania ze zdjęć. Ale przepis ten nie daje uprawnienia do subiektywnej oceny, czy utwór jest należycie wykorzystywany. W przypadku, gdyby panowie się umówili, że na stronie będą tylko zdjęcia fotografa, to wtedy można byłoby mówić o złamaniu warunków licencji (mielibyśmy jednak do czynienia z naruszeniem autorskich praw majątkowych ze względu na naruszenie warunków licencji, a nie autorskich praw osobistych). Wróćmy do nadzoru (z punktu 5 przywołanego powyżej przepisu). Same uprawnienia nadzorcze muszą znajdować podstawę prawną do działania w Ustawie.

Art. 56. 1. Twórca może odstąpić od umowy lub ją wypowiedzieć ze względu na swoje istotne interesy twórcze.

Art. 58. Jeżeli publiczne udostępnienie utworu następuje w nieodpowiedniej formie albo ze zmianami, którym twórca mógłby słusznie się sprzeciwić, może on po bezskutecznym wezwaniu do zaniechania naruszenia odstąpić od umowy lub ją wypowiedzieć. Twórcy przysługuje prawo do wynagrodzenia określonego umową.

Zamieszczenie zdjęć innych autorów, nawet o niższym poziomie artystycznym (swoją drogą bardzo jest to subiektywne, nie ma bowiem wzorca należytego poziomu artystycznego), nie daje podstaw do skorzystania z uprawnień wynikających z przywołanych powyżej przepisów. Nasuwa się wiec pytanie: Jeżeli nie zachodzą powyższe przesłanki, to kiedy można odstąpić od umowy licencyjnej? Zapewne można odstąpić od niej na zasadach określonych w samej umowie. Jeżeli jednak takich warunków nie określiły strony (bez względu czy umowę licencji spisały, czy też nie), to musimy posiłkować się postanowieniami Ustawy. Zgodnie z art. 68 ust. 1 Ustawy jeżeli umowa nie stanowi inaczej, a licencji udzielono na czas nieoznaczony, twórca może ją wypowiedzieć z zachowaniem terminów umownych, a w ich braku na rok naprzód, na koniec roku kalendarzowego. A co w sytuacji, gdy w umowie nie określono okresu na jaki udziela się licencji? Jeżeli nie ustalono w umowie na jaki okres jest udzielona licencja, a często tak się zdarza w „umowach dorozumiałych” (takich jak umowa ze szwagrem), to umowa zawarta jest na okres 5 lat.

Art. 66. 1. Umowa licencyjna uprawnia do korzystania z utworu w okresie pięciu lat na terytorium państwa, w którym licencjobiorca ma swoją siedzibę, chyba że w umowie postanowiono inaczej.
2. Po upływie terminu, o którym mowa w ust. 1, prawo uzyskane na podstawie umowy licencyjnej wygasa.

Było to wszystko dosyć dokładnie omówione w „Zawiłości licencji”. Zainteresowanych zapraszam do lektury ;-).

Na koniec zagadka. Komu według Was udzielił licencji fotograf ?

Wielka Wyprz II

Dzisiaj rozpoczyna się ponownie wyprzedaż garażowa. Spokojnie, spokojnie, sprzętu fotograficznego nie trzymam w garażu. 😉 Kolejny przegląd szafy ze sprzętem foto stał się przyczynkiem do sprzedaży kilku zbędnych klamotów ;-). Są to fajne klamoty, niezniszczone, z niewielkimi śladami używania. Byli towarzysze wielu moich fotograficznych wojaży. Niestety klamotów wciąż przybywa,  więc części należy się pozbyć. Tym samym ogłaszam „WIELKĄ WYPRZ II” za rozpoczętą .

Klamot nr 1 to plecak fotograficzny Tamrac Expedition 6x. Solidny klamot, dosłownie i w przenośni. Wielki i masywny, chociaż czasem udający niewiniątko, o czym było w „Rzecz o lataniu, czyli o bagażu i kontroli na lotniskach”. Obleciał ze mną kawał Europy chroniąc dwie profesjonalne lustrzanki i kupę szkiełek. Poza dwoma profesjonalnymi body spokojnie mieści 4-5 obiektywów, lampę błyskową, jak również sporo drobiazgów, typu karty, fility czy akumulatory. Oczywiście jest w nim miejsce też na laptopa lub iPADa. W zeszłym roku niestety nie znalazł nabywcy, to może tym razem się uda (ceny są bardziej kryzysowe, niż w 2011) 😉 Sprzedaż klamota nr 1 odbywa się TU.

Tamrac Expedition 6x

Klamor nr 2. Też z sekcji transportowej i też nie sprzedany w zeszłym roku. Ja to za chwilę zostanę obwołany Handlowcem Roku! Jakoś z kupnem idzie mi łatwiej 😉 Uczciwego nabywcę poszukuje torba fotograficzna. Nie byle jaka, bo Lowpro Stealth Reporter D550AW. Wielka, mieści jeszcze więcej szpargałów, niż Tamrac Expedition 6x. Pancerna, ale wygodna w użyciu. Zazwyczaj towarzyszyła mi w samochodowych wyprawach foto. Jak się ją dopakuje na maksa, to jest pieruńsko ciężka. Do samochodu idealna, na wyprawy lotnicze już nie koniecznie. Jeżeli ktoś byłby zainteresowany, to zapraszam TU.

Torba Lowepro Stealth Reporter D550 AW

Klamor nr 3. Został sprzedany dzisiaj po 15 minutach od rozpoczęcia aukcji (Grip MB-D10). A jednak coś się udało sprzedać ufff. Pora więc na klamor nr 4. Głowica Manfrotto 322RC2. Pistoletowa, sprytna głowica, niestety okazała się nie chcieć w pełni żyć w „kohabitacji” z moimi aparatami. Przy ciężkim profesjonalnym body nie dawała sobie rady. Fajna i prosta w obsłudze, ale raczej nie pod D3s z podpiętym Nikkorem 70-200 mm. Za to zapewne chętnie powspółpracuje z D7000.  Już od roku leży i się kurzy, więc postanowiłem poszukać jej nowego właściciela. Jeżeli jesteś zainteresowany, to sprzedaż klamora nr 4 odbywa się TU.

Głowica Manfrotto 322RC

PC-E

Piotr od pewnego czasu zachwalał książkę Vincenta Laforeta „Opowieści w obiektywie – świat okiem Vincenta Laforeta” wydaną przez Helion. Książka doprawdy ciekawa i warto się zapoznać zarówno z tym, co pisze Laforet, jak również z jego zdjęciami. Mnie osobiście bardzo przypadł do gustu Rozdział 10 zatytułowany „Świat w obiektywie tilt-shift”.  Wbrew pozorom nie jest to rozdział o mikroświecie „produkowanym” za pomocą tego obiektywu. Autor stosuje ten obiektyw np. w… reportażu, co może oczywiście wydawać się zdumiewające, ale efekty są (jak to mówi mój „ulubieniec”) porażające.

Swojego tilt-shifta używałem standardowo jedynie do architektury i oczywiście przeważnie tylko w funkcji „shift”. I okazało się, że to mój podstawowy błąd. Wiedziałem, jakie są inne zastosowania tego obiektywu, ale jakoś nigdy nie miałem ani ochoty, ani przekonania do eksperymentowania z nim. To jest moje oficjalne stanowisko, jest jednak jeszcze ciemna strona mocy. Ja go po prostu dobrze nie znałem. 😉 Kilka faktów wpłynęło na to, że nastąpiła zmiana.  Po pierwsze miesiąc temu, już pierwszego dnia pobytu na zdjęciach w Barcelonie, „załatwiłem” 24-70 mm /f2,8 (noto bene koszt naprawy przewyższa znacznie koszt przelotu regularnymi liniami na trasie Wrocław-Barcelona-Wrocław 🙁 ), co wymusiło na mnie stałego używania z jednym body PC-E 24 mm f/3,5. Po drugie lektura przywołanego wcześniej Laforeta, a po trzecie przymusowy pobyt w domu w związku z jakimś tam wirusem. Splot tych wydarzeń spowodował, że w końcu poznałem w praktyce, co oznacza głębia ostrości od początku do końca kadru.  I teraz już nie jest w użyciu tylko „shift” w walce z walącymi się murami.

Poniżej przedstawiam efekt doświadczeń z użyciem „tilt-a”. W roli głównej PC-E Nikkor 24 mm f/3,5 ED. Pierwsze dwa zdjęcia są zrobione bez użycia jakiejkolwiek „sztuczki” w obiektywie. Przy czym w pierwszym przypadku ostrość ustawiona była na napis „Galaktyka”, a w drugim na tytuł książki. Ekspozycja w obu przypadkach była taka sama: ISO 800, f/4, czas 15 sekund.
Zdjęcie nr 1.

ISO 800, f/4, czas 15 sekund

Zdjęcie nr 2.

ISO 800, f/4, czas 15 sekund

Zdjęcia 3 i 4 (poniżej) wykonane są przy wykorzystaniu funkcji „tilt” (pokłon). Obiektyw został obrócony o 90 stopni w lewo, a następnie użyłem pokłonu + 8,5 stopnia (czyli maksymalnego, jaki jest możliwy). W przypadku zdjęcia nr 3 ostrzyłem, tak jak przy zdjęciu numer 1 na nazwę wydawcy, a przy zdjęciu nr 4 (podobnie, jak w 2) na tytuł.
Zdjęcie nr 3.

ISO 800, f/4, czas 15 sekund, obrót 90 stopni w lewo, tilt + 8,5 stopnia

Zdjęcie nr 4.

ISO 800, f/4, czas 15 sekund, obrót 90 stopni w lewo, tilt + 8,5 stopnia

Jak widać pokłon spowodował, że czytelna jest teraz cała okładka książki, a nie tylko jej fragmenty. W przypadku zdjęć 3 i 4 w aparacie ustawione były te same parametry, co przy wcześniejszych zdjęciach. O ile efekt miniaturyzacji przy wykorzystaniu funkcji „tilt” można uzyskać również w postprodukcji, o tyle takiej głębi ostrości już nie. Ten cel osiągniemy tylko korzystając z obiektywu typu tilt-shift.

Obiektyw typu T-S ma jednak jeden paskudny mankament, a może nawet i trzy: cena, cena i jeszcze raz cena. 🙁 Nie jest to obiektyw do „strzału z biodra”. Zapewne nie nadaje się on również na „szybką japońską wycieczkę”, ale na wyprawę fotograficzną jest idealny. Manualne ostrzenie, wcześniejsze ustawienie parametrów ekspozycji zanim „połamiemy” obiektyw, użycie statywu, to wszystko wymusza na fotografującym większą koncentrację, a to zapewne sprzyja lepszym kadrom. Z „shift-em” też trzeba uważać, żeby przypadkiem nie przesadzić i nie „przeprostować” budynku, tak jak mi się to zdarzyło na poniższym zdjęciu.

Dlaczego tak to działa? Sprawdźcie sami, wystarczy wygooglować „reguła Scheimpfluga”.

Ktoś się zapyta, a co to ma wspólnego z prawem? No nie ma nic. 😉 Jak fotografujecie architekturę i macie pytania prawne, to zajrzyjcie np. do „Wolność fotografowania” lub „Wizerunku nieruchomości”.

PS. To jest dwusetny wpis na blogu! 🙂

“Kamerun”

Dostałem ostatnio od Krzyśka, „namiętnego czytacza bloga” (jak sam się przedstawił) taki oto stan faktyczny z prośbą o ocenę.

Kolega z pracy wiedząc, że jest to moją pasją poprosił mnie o sfocenie swojego ślubu i wesela. Niechętnie po uprzedzeniu kolegi o raczej marnych efektach mojej pracy (zaskoczyli mnie bo są bardzo zadowoleni)zgodziłem się na nowe doświadczenie. Zresztą kolega stwierdził, że wynajął zawodowego kamerzystę i że film jest dla niego ważny a nie zdjęcia, więc stwierdziłem czemu nie zawsze nowe wyzwanie.  [Uwaga F-LEX: nie ma to jak zmotywować fotografa 😉 ] Już na początku kamerzysta stwierdził że on tu jest najważniejszy i że nie lubi jak mu się przeszkadza, mniejsza o to robiłem swoje. Podczas wesela kamerzysta i zespół poprosili mnie czy nie mógłbym im zrobić paru zdjęć na pamiątkę oraz w celu wrzucenia tego na FB i swoje strony. Zgodziłem się, bo co mi zależy. Wysłałem im po parę zdjęć dbając o to, żeby nie było na nich wizerunku gości(po lekturze Twojego bloga). Potem się zaczęło, najpierw kolega (nie ma pojęcia o  tej branży) stwierdził, że kamerun chce parę moich zdjęć, bo chce zrobić etykietę na płytę, potem poprosił o parę zdjęć, bo nie nakręcił podziękowania rodzicom, następnie jeszcze o parę zdjęć, żeby je wstawić w swój film. Zgrałem po selekcji materiał na płytę i dałem koledze. Kamerzysta powyciągał sobie z tego zdjęcia i użył do swoich celów. Ale pal diabli, robiłem to dla kolegi, niech ma fajnie. I teraz ważne, zaglądam na profil kamerzysty na FB(reklamujący jego usługi), a tam w najlepsze latają moje foty (nie te, które w tym celu dla niego wybrałem). Więc piszę do gościa, że proszę o usunięcie tych zdjęć, a on do mnie, że jestem chyba nieszczęśliwym człowiekiem, że to dla mnie zaszczyt i reklama, że on to pokazał i że to nie są moje zdjęcia tylko pary młodych i że teraz to oni i on mogą sobie robić z nimi co chcą. I że podpisał te zdjęcia moim nazwiskiem ( co też mi się nie podoba i nie wyraziłem na to zgody) więc zachował moje prawa i mam się od niego odstosunkować.

Pierwsza refleksja, jaka mi się nasunęła po przeczytaniu listu – bądź tu człowieku życzliwy, a zapewne Ci się odpłacą. Emocje zostawmy na boku i zajmijmy się paragrafami. Zacznijmy od osobistych praw autorskich.  „Kamerun”, jak go nazwał Krzysztof, coś tam słyszał o prawie  autorskim. Ale tylko coś. O tym, jak będzie podpisany utwór i czy w ogóle będzie podpisany decyduje generalnie tylko autor.

Art. 16 pkt 2 Ustawy. Jeżeli ustawa nie stanowi inaczej, autorskie prawa osobiste chronią nieograniczoną w czasie i niepodlegającą zrzeczeniu się lub zbyciu więź twórcy z utworem, a w szczególności prawo do oznaczenia utworu swoim nazwiskiem lub pseudonimem albo do udostępniania go anonimowo.

Kamerzysta nie mógł więc zadecydować, czy i w jakiej formie podpisać zdjęcia. Nie miał do tego prawa. Na ten temat więcej bardziej szczegółowych informacji znajdziecie w „© dar_wro”.

Druga kwestia i chyba ważniejsza, to odpowiedź na pytanie, czy rzeczywiście para młodych jest upoważniona do dysponowania majątkowymi prawami autorskimi do zdjęć ślubnych?  Temat istotny i ważny, ale zarazem nieskomplikowany. W zasadzie na blogu można znaleźć odpowiedź na to pytanie, gdyż zagadnienie „prawo do odbitki, a prawo do autorskich praw majątkowych do utworu” gościło tu co najmniej dwa razy. Szczegółowych informacji szukajcie w „Serii limitowanej” i „Odbitkach wujka Leona”. Kwestia ta uregulowana jest w art. 52 ust. 1 Ustawy i w tym zakresie nie ma żadnych wątpliwości, Para młodych nie jest upoważniona do rozporządzania autorskimi prawami majątkowymi Krzysztofa.

Art. 52. 1. Jeżeli umowa nie stanowi inaczej, przeniesienie własności egzemplarza utworu nie powoduje przejścia autorskich praw majątkowych do utworu.

„Kamerun” twierdząc, że zdjęcia są pary młodych bardzo błądzi. Zakładając nawet, że młodzi uzyskali licencję do korzystania ze zdjęć (w zasadzie taka umowa nie wymaga żadnej formy szczególnej), to trudno jest domniemać, że obejmuje ona również prawo do udzielania dalszych licencji (sublicencji).

Oczywiście kamerzysta mógł umieścić zdjęcia, ale tylko te, na które dostał zgodę autora. Wszystkie pozostałe umieścił w sposób niezgodny z prawem. Krzysztofie, może warto skorzystać z wezwania.